DZIEŃ 0 – Wyprawa – 6 IX 2010

Ostatni tydzień przed dłuższą wyprawą to za każdym razem koszmar ustawiania różnych rzeczy w Firmie i poza nią. Ściśle dopracowany harmonogram nie pozostawia wolnej chwili na pakowanie aż do ostatniego dnia – najgorszego ze wszystkich, bo przeznaczonego na ogarnianie spraw, które wynikły w tzw. międzyczasie. Umysł nieuchronnie zaczyna się przestawiać na „to już będziecie musieli załatwić sami” ale trudno zamykać drzwi przed Rodziną i Przyjaciółmi, którzy nie wierzą, że dadzą sobie radę i do ostatniej chwili zasypują lawiną mniejszych i większych problemów…

Drzwi zamykają się dobrze po 23-ciej, a wylot rano (nie wspomnę, że ostatni partyzant zjawi się jeszcze przed wylotem z nie podpisanym dokumentem ;) . Ekwipunek w tzw. międzyczasie został już namierzony i przygotowany, pozostaje jednak rozmieścić go w bagażach, pozostawiając minimalny margines na to co będę wiózł w drugą stronę. Mając wreszcie pierwszą wolną chwilę dla siebie rozkładam mapy i zabieram za przelewanie na papier trasy, którą od dwóch miesięcy nosiłem w głowie. Odmienna formuła wyprawy pozwala mi na to – „zafiksowany” mam tylko pobyt i nurkowania jaskiniowe w Tulum, pierwsze noclegi po przylocie oraz ten w Chichen Itza, wyznaczany przez jesienny equinox, wreszcie transfer z lotniska i z powrotem. Wystarczy… na spotkanie z przygodą to znacznie więcej niż trzeba ale w końcu czasu mam tu ponownie tylko trzy tygodnie…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

DZIEŃ 1 – Ciudad de México… – 07 IX 2010

Podczas lotu przez Ocean z żalem wspominam jakość i obsługę w samolotach „Luftwaffe”. Francuzi niestety latają, tak jak jeżdżą, a jeżdżą tak jak prowadzą interesy – we wszystkim czegoś im brak. Tylko Rokita pewnie wciąż myślałby inaczej ale jego miejsce jest już na szczęście w cieniu paranoidalnej małżonki (nawiasem wspominając, wyciągnięcie na świat tej baby uważam za najbardziej udany polityczny pogrzeb ostatniego stulecia, numer przy którym chowają się afery rozporkowe czy wyimaginowani dziadkowie w Wehrmachcie – widać szaleńcom też się czasem coś genialnego udaje, a może właśnie tylko im skoro zwykle działają tak jakby nie było zupełnie nic do stracenia). To tyle o moich politycznych antypatiach (nie lubię wszystkich, głosuję na Korwina, później na mniejsze zło itd. do znudzenia) przy okazji latania.

W Ciudad de México żadnych większych niespodzianek. Kwity z deklaracjami celnymi na pokładzie francuskiego samolotu oczywiście tylko w języku hiszpańskim ale radzę już sobie na tyle żeby dać im radę i nawet nie mam żalu do przewoźnika, bo takie drobne złośliwości to przecież nic w porównaniu z klawiaturą AZERTY (zrozumiecie w czym rzecz jak jedyny komputer, z którego będziecie musieli skorzystać będzie miał właśnie taką ;) . Po przejściu stanowisk służb emigracyjnych, przyjezdni podchodzą do urządzeń, losujących kandydatów na szczegółową rewizję – iście meksykańskie poczucie humoru. Tym razem rozkład sięga 50% ale nikogo nie dziwi sprzęt nurkowy (szkoda, bo czasem lubię się chwalić, a wiozę przecież na testy potężną latarkę AMMONITE – nowego asa w rękawie polskiego przemysłu nurkowego :) .

Przy pierwszej próbie płatności kartą kredytową oczywiście transakcja odrzucona ale nawet na moment nie podnosi mi to ciśnienia. Od razu dzwonię do banku, który każdą próbę obciążenia konta z Meksyku traktuje jako włam – drobne niuanse, które warto znać przy podróżowaniu. Skrzynia z automatem nie sprawia większego problemu. Za to prawdziwym wyzwaniem okazuje się wyjazd po nocy z największego miasta w Ameryce Północnej. Oznakowane drogi znikają i pojawiają się znienacka niczym cieki na pustyni, miejscowi wszystko tak prosto tłumaczą, żywo gestykulując dłońmi zupełnie jakby zawiązywali supeł… W smogu nie widać gwiazd, podobno pod tym względem Mexico City przoduje na świecie dlatego czym prędzej chciałem opuścić tą wątpliwej jakości atrakcję turystyczną. Mijamy rozległe dzielnice erotyczno-przemysłowe, gdzie w przemysłowo-apokaliptyczny krajobraz, co chwilę wpasowuje się jakiś nocny klub na zmianę z otwartym 24h warsztatem samochodowym. Zarówno tłumnie „pilnującym warsztatów” chłopakom jak i kręcącym biodrami dziewczynom oczy święcą się w ciemnościach niczym podchodzącym do ogniska na sawannie hienom. Wreszcie harcerskie wyczucie kierunku w połączeniu z moim prymitywnym hiszpańskim pozwalają odnaleźć docelową drogę, która pomimo wszelkich wcześniejszych zapewnień okazuje się płatna w swym końcowym odcinku. Jest zdrowo po północy, pan na bramce nie przyjmuje dolarów, a ja oczywiście nie wymieniłem waluty po złodziejskich stawkach na lotnisku. W takich chwilach doceniam te garstki drobniaków zalegających słoiki w kuchni po kolejnych wyprawach i instynkt, który, kiedy działam w pośpiechu, nakazuje mi upychać po kieszeniach wszystko co może okazać się potrzebne… Przed pierwszą w nocy docieram wreszcie do przyjemnego kolonialnego hotelu w Zona Arqueológica de Teotihuacan.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

DZIEŃ 2 – Teōtīhuacān, miejsce w którym ludzie stają się Bogami – 08 IX 2010

Budzę się w środku nocy przecierając niedospane oczęta. Zegarek wskazuje czwartą ileś. Zapadam w poduszkę ale zaraz dociera do mnie, że sen przecież już nie powróci. Przez pierwszy dzień będę chodził jak na radzieckich bateriach ale dług czasowy trzeba jakoś wyrównać. Do tego stała wysokość jakieś 2100 m n.p.m. Odsłaniam zasłonę i otwieram okiennice wpuszczając do środka rześkie poranne powietrze. Za oknem znajomy i uspokajający widok dobrze utrzymanego kolonialnego ogrodu. Zasiadam do map. Później szybkie śniadanie na wewnętrznym dziedzińcu przy hotelowym basenie i wyruszam w drogę. Na bramce bardzo starają się mi wcisnąć miejscowego, dobrze przygotowanego przewodnika ale nie mam dzisiaj ochoty na wynajdywanie luk w „dobrym przygotowaniu” tym razem ja więc udaję, że nie znam żadnego innego języka oprócz ojczystego. Mam dziś ochotę na bardziej osobisty kontakt z ruinami.

Staję na Miccoatli (w nahuatl – Droga Umarłych) i spoglądam w stronę Piramidy Księżyca (nazwa nadana przez Azteków) odznaczającej się na tle masywu Cerro Gordo. Centralna, ciągnąca się z południa na północ arteria miasta przedstawia iście przygniatający widok. Jest potężna. Po obu stronach ciągną się długie łańcuchy mniejszych piramid zbudowanych w stylu talud-tablero, daleko w przodzie, po prawej stronie wyrasta ogromna Piramida Słońca (nazwa również nadana przez Azteków). Daje to obraz potęgi tej starożytnej metropolii, szczególnie zważywszy na fakt, że tylko 10% miasta zostało odkopane.
Teōtīhuacān to w nahuatl miejsce narodzenia się bogów (w zależności od interpetatora również miejsce ludzi posiadających drogę bogów  albo… miejsce, w którym ludzie stali się bogami). Nazwa ta nadana została miastu przez Azteków na wiele stuleci po jego upadku. Bezpośrednio odnosi się do legendy o początku piątej ery (tej która ma się zakończyć w grudniu 2012 zgodnie ze wskazaniami mayańskiego czy azteckiego kalendarza) – to właśnie tutaj zebrali się bogowie aby uruchomić Słońce i Księżyc po upadku poprzedniego świata. Majowie z nizin obecnej Gwatemali określali je jako  Miejsce Trzcin, podobnie jak istniejącą dobre kilka stuleci później, mityczną toltecką stolicę – Tollan, co w wiadomy sposób wzbudzało konsternację badaczy. Zmienność interpretacji archeologicznych przypomina czasami zmiany wykładni po wojskowych puczach  – przez długie lata trwały debaty czy to nie Teōtīhuacān było legendarną stolicą gloryfikowanych przez azteckich najeźdźców Tolteków, działających na scenie Mezoameryki już po upadku Teōtīhuacānu. Dziś zdaniem niektórych uczonych nahuatl ­– język imperium Azteków jest znacznie, znacznie starszy i być może posługiwali się nim właśnie tajemniczy budowniczowie tego największego w swoim okresie miasta świata. Inne interpretacje wskazują na wielokulturowość miasta (w szczytowym okresie liczyło ponad 200 000 mieszkańców!), starając się przypisać wiodącą rolę którejś z żyjących tu społeczności Zapoteków, Misteków, Majów, Otomi, Totonaków czy Nahua. Przyjmijcie zatem do wiadomości, że przyszłe wykopaliska archeologiczne będą świadczyć o Paryżu zbudowanym przez Arabów, Berlinie przez Turków, a Warszawie przez Wietnamczyków 8). Reasumując nie wiadomo kim był lud, który promieniował swoją kulturą na cały obszar Mezoameryki, którego zwycięskie armie maszerowały daleko poza granice znanego sobie świata, a generałowie instalowali w zdobywanych miastach swoje własne dynastie. Podobnie jak w wielu innych mezoamerykańskich wypadkach nie są też znane powody jego upadku.
Rozpoczynam zwiedzanie od piramidy Quetzalcoatla (nazwa współczesna). Spore wrażenie robią głowy Quetzalcoatli i Tlaloców wyrastające ze ścian (niewiele wiadomo o religii Teōtīhuacān, więc tak naprawdę nie wiadomo czy i w jakiej formie Quetzalcoatl bądź Tlaloc byli tu czczeni). Podobnież wokół całej piramidy byłoby ich 260, co koresponduje z ilością dni w rytualnym kalendarzu Mezoameryki (mayański Tzol’kin, aztecki Tonalpohualli), według niektórych interpretacji cała piramida mogła, więc pełnić rolę rytualnego kalendarza. Piramida jest położona na wewnętrznym placu, wokół którego mieści się jeszcze 15 mniejszych piramid. W IV-tym stuleciu n.e. Piramida zasłonięta została przed widokiem ogółu przez tzw. Adosadę – interpretacje generalnie przemykają się wokół zmian religijnych albo ustrojowych co i po dziś dzień w większości przypadków wychodzi przecież na to samo.

Wracam na Miccoatli i ruszam w długą drogę ku centrum niegdysiejszego świata. Dzisiaj Aleja Umarłych pokryta jest asfaltem ale cały czas próbuję wyobrazić sobie jakie wrażenie robiła na Aztekach, którzy byli pierwszymi odkrywcami wymarłego miasta. Odkrywcami, którzy nadali nazwę tej drodze, biorąc mylnie rozmieszczone wzdłuż jej boków piramidy za grobowce dawnych władców-kapłanów. To wymarłe miasto stanowiło już wtedy wyłaniającą się z mroków czasu legendę, legendę będącą starożytną dla ich teraźniejszości. Zastanawiam się czy obowiązujące obecnie interpretacje naszych odkrywców są choć trochę bliższe prawdzie i czy kiedykolwiek tą prawdę poznamy. Czy przyszli odkrywcy zardzewiałej Wieży Eiffla albo ruin Daru Narodu Radzieckiego dla Miasta Warszawy stwierdzą, że te nonsensowne budowle służyły zapewne do wyznaczania pór zasiewów? Co powiedzą o religii dzisiejszej Ameryki Północnej odkrywcy pokrytej piaskami czasu Statuy Wolności? Do rzeczywistości, przywracają mnie opuncje pokryte purpurowymi jagodami. Kaktusy nie tak wielkie jak na Galapagos ale przywołują kilka miłych wspomnień. Uśmiecham się.

Piramida Słońca to trzecia co do wielkości piramida na świecie i druga co do wielkości w Mezoameryce. Wiadomo, że w przeszłości cała jej elewacja pokryta była gipsem i malowidłami. Wiadomo, że w podziemiach znajdują się wykute ręką ludzką jaskinie (dość długo uważano je za naturalnego pochodzenia). Uważa się, że zaczęto ją budować jakieś 2200 lat temu. Nie wiadomo tylko w jakim celu i czemu konkretnie miała ona służyć. Budowla jest zorientowana na punkt horyzontu, w którym Słońce wstaje dwa razy do roku: 12-go sierpnia i 29-go kwietnia. Przypadkiem dzień 12-go sierpnia to początek piątej ery (początek kalendarza Majów w tzw. Długiej Rachubie). Świat pełen jest przypadków… Długo stoję na obecnym szczycie piramidy, próbując cofnąć się w czasie o te dwa tysiące lat.

Piramida Księżyca zbudowana została na znacznie starszej strukturze, poprzedzającej jeszcze konstrukcję Piramidy Słońca. To, zgodnie z rozplanowaniem, najważniejsza budowla miasta. U jest stóp, na otoczonym sześcioma piramidami Księżycowym Placu znajduje się konstrukcja będąca według obowiązujących interpretacji centralnym ołtarzem (!) Chalchiuhtlicue – azteckiej wodnej bogini, żony lub siostry Tlaloca – azteckiego boga deszczu i matki Tecciztecatla – azteckiego boga Księżyca, oraz konstrukcja niewiadomego przeznaczenia, z wewnętrznym podziałem nazywanym obecnie krzyżem teotihuacańskim. U podnóża piramidy odkopano 22-tonowy posąg rzekomej Chalchiuhtlicue, która według azteckich źródeł stała na Piramidzie Księżyca (skojarzenia ze słynnym kronikarzem Długoszem, który na podstawie panteonu rzymskiego, odzwierciedlającego z grubsza panteon grecki wysnuł w podobny sposób, nie mający nic wspólnego z rzeczywistością panteon słowiański jest tu czysto przypadkowe ;)

Wspinaczka na kolejną piramidę w meksykańskim słońcu nie zapowiada się zachęcająco. Przypadkiem kiedy zbliżam się do stromych stopni niebo zasnuwa się chmurami i zaczyna padać ożywczy, zbawienny deszcz. Wyciągam poncho i z bezrozumnym uśmiechem wspinam się na górę. Jakby nie patrzyć na pół tysiąca lat dzielących Azteków od upadku Teotihuacan, jakby nie zastanawiać się czy Pani w Jadeitowej Sukni, była panią tego miejsca (skojarzenie z przyszłymi odkrywcami Statuy Wolności jest tu czysto przypadkowe ;) , jakie były jej przymioty i jak naprawdę się nazywała, gdyby nie miała nic do powiedzenia to czy zesłałaby mi deszcz? :) :) :)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

DZIEŃ 3 – Tula, stolica Tolteków? – 9 IX 2010

Całodniowa wycieczka po Teōtīhuacān wyczerpała mnie na tyle, że tuż po dotarciu do hotelu zapadam w głęboki sen. Rano zrywam się by dojechać do pobliskiego San Juan de Teotihuacan i wymienić pieniądze. Zjazd z autostrady, który poznałem wczoraj jest dzisiaj zamknięty, a uprzejmy policjant na pytanie o alternatywny dojazd do miasta odpowiada tylko „Circuito” i bez wdawania się w dalsze dyskusje pokazuje ręką na Meksyk. Wszystkie przewodniki sugerują stanowczo aby unikać wszelkich kontaktów z policją. Wychowany pod czerwonym butem mam to zaprogramowane, więc nie naciskam i ruszam w drogę powrotną do stolicy kraju, wiedząc że nie przejadę pierwszej płatnej bramki, a za plecami zostawiam nie opłacony hotel i walizkę z ubraniami i sprzętem do nurkowania. Kilometr dalej jest stacja benzynowa, odbijam na jej tyłach w jakąś podrzędną drogę i wracam na nosa w stronę San Juan. Udaje mi się. Po kilkunastu minutach wbijam się w zatłoczoną drogę wyjazdową i zatrzymuję pod bankiem. Zachłyśnięty orientacyjnym sukcesem w drogę powrotną postanawiam zaoszczędzić czasu i poszukać skrótu. Droga, którą wjechałem była tak zakorkowana, że w odwrotnym kierunku zajęłaby mi godzinę, więc daję sobie połowę tego czasu na krótki rekonesans.

Meksykańskie drogi przypominają Polskę ludową. Poza licznymi topes (śpiący policjant), które pojawiły się u jej zmierzchu, można tu praktycznie na każdym kroku spotkać dziurę w nawierzchni dowolnych kształtów i rozmiarów, do tego w każdą najwęższą i najpodrzędniejszą dróżkę potrafi wjechać ciężarówka czterokrotnie dłuższa niż TIR w Europie i szalonymi manewrami zawładnąć skrzyżowaniem na kilkanaście minut. Za każdym razem postawiłbym pieniądze na to, że „on tam nie wjedzie”, więc dobrze, że nie mam skłonności do hazardu, bo wjechał, dokładnie za każdym razem. Kręcąc wąskimi uliczkami spoglądam na zegarek i już wydaje mi się, że pora się będzie przeprosić z główną ścieżką, kiedy tuż na wprost mnie wyrasta gigantyczna bryła Piramidy Słońca. Z zaskoczenia wydaje się jeszcze większa niż wczoraj, zapierając dech w piersiach. Dostrzegam kilka szczegółów, które wczoraj umknęły mojej uwadze – z bliska, pod innym kątem były niewidoczne, zwalniam jak to tylko możliwe i zapatrzony jak pies w mieloną świnkę majestatycznie podjeżdżam pod bramę. Na obwodnicy wokół terenu wykopalisk wybieram specjalnie dłuższą drogę aby raz jeszcze nasycić się widokiem piramid. Teōtīhuacān nie było protokulturą Mezoameryki – palma pierwszeństwa, zgodnie z obecnym stanem wiedzy należy się Olmekom, nie zmienia to faktu, że o Teōtīhuacān wciąż wiemy mniej, a krótka wizyta w ruinach pozostawia po sobie więcej pytań niż odpowiedzi.

Wyruszam do legendarnej Tuli ale po drodze gehenna miasta Meksyk. Nie potrafię znaleźć słów na opisanie katorgi przebijania się autem przez obwodnice tego miasta. Oznakowanie jest takie sobie – potrafi wprowadzić w błąd, a zawracanie to za każdym razem strata najmarniej pół godziny, bo wszystkie drogi stoją, o każdej porze i we wszystkich kierunkach. Na wszystkich większych rozjazdach toczą się roboty drogowe, powstają nowe, przypominające węzły gordyjskie plątaniny estakad i wiadukty imponujących rozmiarów. Wszystko sprawia wrażenie, że można by tu jeździć w nieskończoność i nigdy nie trafić po raz drugi w to samo miejsce, bo w międzyczasie drogi będą już biegły inaczej. Miliony samochodów poruszających się w prawie niezauważalnym tempie po wielopoziomowych estakadach. Drogi, które kilkakrotnie potrafią zmienić numer bez zmiany kierunku, by po wielu kilometrach powrócić do poprzedniego. Drogowskazy, które raz pokazują to, a zaraz coś innego. Tu kierunkowskazy są dla leszczy, a na nieuregulowanych skrzyżowaniach obowiązuje reguła kto większy lub bardziej poobijany ten ma pierwszeństwo i rację. Tego dnia aż dwukrotnie przyjdzie mi zaznać niewątpliwego wyzwania kilkugodzinnego przejazdu przez to gigantycznych rozmiarów mrowisko.

Gdybym przez ostatnie kilkanaście lat nie pracował w dużej, inercyjnej i na pierwszy rzut oka  pozbawionej zewnętrznego celu korporacji, pewnie zapadłbym w katatonię bez powrotu po tej podwójnej przygodzie. Te kilkanaście lat uodporniło mnie jednak na nonsens dowolnych rozmiarów i za dowolne pieniądze. Jadę dalej…

Tula, kolejne (!?) Miejsce Trzcin. Legendarne Tollan – stolica Tolteków czy tylko jedno z ich miast? (podobno nie ma ich więcej). Chciałem ujrzeć na własne oczy tą kość niezgody pomiędzy badaczami i na własne oczy ocenić podobieństwa do Chichen Itza i rozmiary wpływu Tolteków na Jukatan okresu postklasycznego lub zgodnie z niektórymi interpretacjami …na odwrót. W głowie dźwięczą mi słowa przewodnika z Chichen „ponieważ na tej kolumnie twarz Quetzalcoatla jest poniżej sylwetki wojownika w mayańskim stroju, to oznacza, że Majowie nie Toltekowie rządzili w Chichen Itza” –irytujące wróżenie z fusów! Czy stąd wyruszył Topilzin Ce Acatl Quetzalcoatl, mityczny wódz i kapłan utożsamiany z białoskórym i brodatym bogiem Majów, Tolteków i Azteków aby „nie rządzić” na Jukatanie?

Według legendy, Tollan założył wódz, który stał się bogiem. Jako bóg pokłócił się z innym bogiem, a później przegrał korporacyjną grę i musiał „udać się na wschód”. W kulturach mezoamerykańskich, podobnie jak przez ostatnie kilkaset lat w Europie Wschodniej ten kierunek kojarzył się podobnie… Jednak w legendach Majów, Topilzin pojawia się na Jukatanie, Chichen Itza i Mayapan są pełne surowej lecz pompatycznej architektury podobnej do tej w Tuli, a skrajnie odmiennej od stylu Puuc panującego na Jukatanie czy w okręgu Peten, z którego w dziesiątym stuleciu przybyli Itzowie. To tyle faktów, a reszta to domysły i skrajnie różne interpretacje historii, zmieniające się w zależności od tego kto w danej chwili stoi na ambonie w złożonym świecie interpretatorów ;)

Mnie w legendach o Kukulkanie vel Quetzalcoatlu uderzała najmocniej jego biała skóra i broda – genetycznie obca ludności obu Ameryk (temat niewygodny, więc pomijany przez interpetatorów) Uderzające podobieństwo do inkaskiego Wirakoczy i podobna przepowiednia o powrocie, jaka po zniknięciu obu panów podała na tacy dwa najpotężniejsze indiańskie imperia skromnym liczebnie bandom dobrze uzbrojonych i zdeterminowanych pastuchów.

Tula robi wrażenie bardziej położeniem i majestatem atlantów aniżeli rozmachem. Potężne posągi podpierające niegdyś dach nie istniejącej już dawno świątyni odciskają piętno niepokojących wspomnień. Pozostałe gdzieniegdzie zdobienia i płaskorzeźby dają mgliste wspomnienie o niegdysiejszej wspaniałości Tuli. Jeżeli jednak miałbym pokusić się o porównanie do „tolteckiej” części Chichen Itza – Tula nie ma startu. Zatem:

1.  Czy można myśleć o odwrotnym kierunku wpływów? Datowania raz potwierdzają prawdopodobieństwo tej wersji, innym razem znowuż jej przeczą.

2.  Czy po ucieczce/wygnaniu z Tollan, Topilzin mógł zbudować większe, wspanialsze miasto, podporządkowując sobie w tym celu Itzów? Oczywiście, że tak ale również nic tego na dzień dzisiejszy w sposób dobitny nie potwierdza ani temu nie przeczy.

3.  Czy Tula to rzeczywiście mityczne Tollan? Niebiańskie miasto i stolica niezwykle zaawansowanej cywilizacji opiewana w zapiskach Azteków? Być może – Aztekowie podobno zaczynali jako prymitywny lud, a ucywilizowali się na gruzach i grobach Tolteków, więc gloryfikować mogli każdą cywilizację wyżej rozwiniętą od swojej. Jednak jeżeli, podobnie jak w wypadku Teōtīhuacān, mamy mierzyć rzeczywistość miarą ich legend to w porównaniu z Chichen Itza, Tula po prostu aż takiego wrażenia nie robi. Na koniec nie chciałbym bawić się w interpretatora ale nie rozumiem dlaczego metropolię położoną na wysokim wzniesieniu ktoś miałby nazwać Miejscem Trzcin…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

DZIEŃ 4 – Wulkany Sierra Nevada i rajd przez Sierra Madre z Puebla do Oaxaca – 10 IX 2010

Budzę się w Amecemac, niewielkim miasteczku, w górach oddzielających równinę Meksyku od Płaskowyżu Puebla. Schludny i tani motel „jak z amerykańskiego filmu”. Prawie nie pamiętam jak tu dotarłem. Pamiętam noc i światła mrówczych domostw ciągnących się w obu kierunkach, hen daleko aż po horyzont, jakby miasto Meksyk nigdy nie miało mieć końca.

Za sześć dni zbliża się Święto Niepodległości Meksyku, cały kraj od najmniejszych do największych miejscowości wydaje się żyć już tym dniem. Domy, sklepy, samochody, ulice – wszystko jest udekorowane barwami narodowymi. Gdzieniegdzie spóźnialscy robią jeszcze ostatnie poprawki, a szkolna młodzież ćwiczy parady. Oznacza to niestety nieliche utrudnienia komunikacyjne. Położone na terenie Parku Narodowego „Popocatépetl-Iztaccihuatl” Tlamacas jest na szczęście niedaleko, udaję się zatem w drogę aby zjeść śniadanie na Przełęczy Corteza. To tędy Tlaxcalanie, przez stulecie opierający się agresywnemu azteckiemu imperium zaprowadzili armię konkwistadorów na jedną z trzech azteckich stolic – Tenochtitlan. Zarówno po Tenochtitlan jak i Tlaxcali pozostały dziś tylko kamienie, zastosowany środek przerósł, więc chyba najśmielsze oczekiwania stosujących, a siodło położone pomiędzy dwoma wulkanami powinno nazywać się raczej „Przełęczą Tych, Którzy Nie Do Końca Przemyśleli Sprawę”.

Po drodze zza horyzontu wyłaniają się wulkany. Groźny Popocatépetl (w nahuatl Dymiąca Góra) o wysokości 5465 m n.p.m. – druga co do wielkości góra w Meksyku i zdumiewający Iztaccihuatl (w nahuatl Biała Kobieta) o wysokości 5286 m n.p.m. Popocatépetl jest czynny, zwarty i gotowy. Ostatnie erupcje miały miejsce w roku 2000-ym i 2005-ym, stąd absolutny zakaz wspinania się na górę, choć jeszcze parę lat wcześniej można było spokojnie dojść do krawędzi kaldery. Iztaccihuatl zdumiewa kształtem – jego zmultiplikowany szczyt przypomina koronę, bądź też śpiącą panią – księżniczkę z azteckiej legendy. Na śniadanie quesadillas y guacamole, jedyne potrawy które wcinam tu bez opamiętania nawet, gdy nie są najlepiej przyrządzone. Tym razem, pośród otaczających gór, smakują prawie wzorcowo. Miejscowy Indianin wskazuje mi drogę do Choluli, w stanie Puebla – to stąd nadszedł Cortez, wcześniej kąpiąc miasto we krwi i burząc świątynie. Droga nawet uczęszczana chociaż nie ma jej na mapie (pewnie dlatego, że pozbawiona jest utwardzonej nawierzchni), nadaje się bardziej na wojskowego Hammera niż mojego cywilnego Dodge’a. Ostrożnie zdobywam kolejne metry, powoli tracąc wysokość. Po drodze podziwiam piękno miejscowej przyrody pośród śladów wzmożonej aktywności wulkanicznej. Po dłuższym czasie docieram do zakorkowanej świątecznie Choluli.

Miasto to rozłożyło się wokół największej w Mezoameryce piramidy (drugiej co do wielkości na świecie), będącej kiedyś potężnym ośrodkiem kultu Quetzalcoatla. Podobno tędy odchodził z Tuli Topilzin Ce Acatl Quetzalcoatl w drodze na Jukatan, na pewno tu Hernan Cortez urządził krwawą rzeź, masakrując kilkanaście tysięcy Indian (niektóre źródła podają kilkadziesiąt ale być może jest to wynikiem megalomanii zdobywców), niszcząc główną piramidę na szczycie, której dla uświęcenia jatki konkwistadorzy postawili kościół, oraz czterysta mniejszych świątyń, które znajdowały się wokół. W miejsce zniszczonych świątyń postawiono ponad 50 kościołów, które nadają dziś miastu specyficzny charakter, podobnie jak kościół straszący ze szczytu wielkiej piramidy, pokrytej dziś ziemią i trawą. Kościół na szczycie piramidy Quetzalcoatla to trzecia już wersja pieczęci pod wyrokiem dla miejscowej kultury. Poprzednią zniszczyło trzęsienie ziemi, a pierwsza po prostu runęła Hiszpanom na głowy. Aby przyciągnąć turystów, INAH odbudował kawałek piramidy, jednak nie wiem czy są plany aby ciągnąć tą inwestycję dalej. Sądząc po rozmiarach i kształcie wzniesienia skrywającego szczątki niegdysiejszej budowli, musiała być naprawdę imponująca. Nie wiadomo jaki lud ją zbudował ale według obecnego stanu wiedzy początki tego miejsca sięgają co najmniej 2,5 tysiąca lat wstecz. Obecnie sprawia tak przygnębiające wrażenie, że czym prędzej ruszam w dalszą drogę w kierunku Puebli i Atlixco.

Przed Atlixco wpadam na Pan Americanę. Postanawiam dotrzeć dziś do Oaxaki. Długa droga wiedzie przez Sierra Madre, wspaniałe góry i wspaniały krajobraz. Właściwie powinienem cały wpis poświęcić na opisy piękna tych gór. Piękna zmieniającego się w czasie wraz z pogodą czy wysokością Słońca kładącego się nad horyzontem, unikalnych pejzaży kreowanych przez, zdawałoby się żyjące własnym życiem chmury, niezwykłych kształtów formacje skalne i egzotyczną roślinność. Niestety do opisów takich potrzebny jest talent, nie tylko własna strona w Sieci, pozostańmy więc przy skróconym opisie wydarzeń. Tutaj w pełni doceniam zalety automatycznej skrzyni biegów, która pozwala jedną ręką trzaskać fotki lub operować kamerą, drugą prowadzić auto po krętych, górskich serpentynach. Najlepiej oznakowana została granica stanów Oaxaca – Puebla, poza tym jadę głównie na nosa ale dopóki nie zapadnie zmierzch nie jest to trudne. Prawdziwym utrapieniem są długie, powolne ciężarówki z naczepą, na długie kilometry blokujące drogę, oraz swobodnie wypasające się i korzystające z drogi krowy, koziołki, osły i koniki. W kilku miejscach udaje mi się zatrzymać i poświęcić więcej czasu dokumentacji krajobrazu. Podziwiam powszechnie porastające zbocza gigantyczne agawy, ogromne karnegie i cereusy – kaktusy, które osiągają rozmiary całkiem sporych drzew, pękate kolczaste kule ferokaktusów i wspaniałe drzewiaste opuncje. Chmury odstawiają dziś dobrze przygotowany spektakl, jest tęcza, są rozbłyski, są dynamicznie zmieniające się kształty. Wieczorem niestety zmienia się pogoda i pogarszają warunki na drodze. Po krętych serpentynach w ciemności i deszczu jeździ się znacznie trudniej, w efekcie więc do stolicy kolejnego stanu docieram dobrze już po 23-ciej.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

DZIEŃ 5 – Monte Alban, górska twierdza Zapoteków i szaleńcza droga do Palenque w Chiapas – 11 IX 2010

Dzisiaj przede mną jeszcze dłuższa droga. Muszę zobaczyć Monte Alban – kolebkę kultury Zapoteków kawałek na zachód od Oaxaki, a następnie dotrzeć spory kawał na wschód, w okolice Villahermosy, a najlepiej aż Palenque. To znowu długa i pokręcona trasa przez góry.

Monte Alban to niesamowite miejsce. Twierdza położona na szczycie wzniesienia dającego jej pełny wgląd w Dolinę Oaxaca. Prehistoryczne miasto ukryte wśród roślinności, pełne otwartych grobów i ciekawych budynków. Choć porównanie to jest nieco na wyrost, jego klimat przypomina mi Machu Picchu. Z pewnością miażdży Tulę. Dzięki skróceniu snu do absolutnego minimum wykupuję bilet „bez ludzi” na wizytę w ruinach. Tuż przy wejściu wita mnie mały zapotecki piesek. Z pewnością wcielony duch któregoś z dawnych kapłanów ;) , wpierw prowadzi mnie do grobowca, następnie do boiska peloty, gdzie płynnie zbiega po stromych schodach dość wysokiej trybuny. Wbiegamy na główny dziedziniec na chwilę przed tym zanim promienie Słońca zaczną kąpać w porannym blasku ściany okalających go budowli. Chwytając za aparat staram się uwiecznić swoje szczęście. Dzięki brakowi gawiedzi czuję się tu dzisiaj niczym pierwszy odkrywca tych ruin. Gdziekolwiek jednak nie skierowałbym obiektywu, zapotecki piesek już właśnie tam jest. Pilnuje kamieni, a sporo ich stąd wywieziono do Muzeum Antropologii w Meksyku. Po trzech godzinach spędzonych w biegu od kamienia do kamienia, wyruszam w dalszą drogę.

Tuż za Oaxacą, w niewielkim miasteczku Santa Maria de Tule rośnie gigantyczny cyprys – Arbol de Tule. To miejsce, w którym naprawdę warto jest zrobić przystanek. Drzewo ma ponad 2000 lat, jakieś 40 metrów wysokości oraz 42 metry obwodu pnia. Pomyślicie: co szczególnego może być w drzewie poza jego rozmiarem? Nic bardziej odległego od prawdy. Cyprys w tym wieku jedynie w odległy sposób może być porównywany do normalnych drzew. Jego złożony pień i rozrastające się w przedziwny sposób gałęzie mogły śmiało zainspirować twórców „Avatara”. Potężne konary miejscami rosną w dół by po ostrym załamaniu ponownie zwrócić się w górę, w wielu miejscach przekształcają się w dziwne formy w zupełności nie przypominające gałęzi. Czas mnie goni ale długą chwilę spędzam wpatrując się w DRZEWO. Zastanawiam się jak piękna mogła być Ziemia zanim ludzka cywilizacja nie zwróciła się w kierunku rolnictwa.

Pan Americana wiedzie mnie wpierw na południe, przez Oaxacę i Doliną Tlacoluli, w stronę Pacyfiku. Mijam Yagul, Dainzu, Lambityeco i Mitlę – ważne zapoteckie stanowiska archeologiczne. Ze względu na ambitny plan przemieszczania, ich szczegółową inspekcję zostawiam sobie jednak na kolejny raz – wszystkie drogi w Meksyku są w remoncie, więc posługując się wyłącznie mapą trudno jest określić jak długo zająć może przejazd określonego odcinka, a za dwa dni przecież muszę być w Tulum. Monte Alban sprawiło, że na południu Meksyku z pewnością znów się pojawię :) . Dalsza droga ponownie prowadzi przez góry, a jazda sprawia niesamowitą frajdę, pomimo dziurawej jak sito nawierzchni (to dlatego najbardziej popularne zawody w mijanych miejscowościach to mechanico i volcanizadoro). Urzekające krajobrazy przypominają te z poprzedniego dnia, na drogach pojawia się jednak więcej punktów kontroli, wojskowych i policyjnych.

Południe to niespokojne tereny, pełne napięć na tle narodowościowym i ekonomicznym pomiędzy społecznościami Indian i Metysów. Co jakiś czas wybuchają indiańskie powstania, których siłom rządowym nie udaje się skutecznie stłumić. Od czasu do czasu toczą się rokowania – bezskuteczne, bo w stolicy nikt nie traktuje składanych obietnic poważnie, więc napięta sytuacja nie ulega zmianie. Indianie chronią się w górach. Żyjąc w kontrastującej do metyskiego stanu posiadania nędzy, odwołują się do janosikowych ideałów Emiliano Zapaty i Pancho Villi, mam więc nadzieję uniknąć spotkania i dzielenia się z nimi tym co udało mi się w życiu zgromadzić i ze sobą przywieźć. „Przed lufą karabinu wszyscy równi są…”

Głębokie doliny skrywają koryta wartkich rzek zasilanych opadami. Z przerwą na tankowanie mijam Tehuantepec, gdzie Pan Americana zawraca na północny-wschód w stronę Tuxtli. Droga robi się coraz bardziej kręta, jazdę coraz częściej spowalniają zawały, niebo zaczyna się chmurzyć. Mam wrażenie, że zaraz zapadnie mrok choć jest jeszcze przecież dosyć wcześnie. W La Ventosa droga skręca na Tapantepec, wraca Słońce, znów jest miło, a jedna z gór bardzo mocno przypomina mi Giewont. Przesmyk Tehuantepec to najwęższe w Meksyku miejsce pomiędzy Oceanami, kiedyś planowano przekopać tu kanał, jednak Panama była pierwsza i teren stracił na znaczeniu. Dobrze mija mi kolejnych kilka godzin, bo jazda wśród gór, w zachodzącym Słońcu jest naprawdę bardzo przyjemna.

Pierwsze oznaki zmęczenia odczuwam dopiero gdy zapada prawdziwa ciemność, a wraz z ciemnością nadchodzą deszcz i mgła. Nawierzchnia robi się śliska, a za barierką w ciemności, kilkaset metrów w dół. Po kolejnej godzinie udaje mi się przebić przez mgłę i przez góry, a z ciemności wyłania się ogromna dolina, aż po horyzont pełna gęsto porozsiewanych maleńkich światełek – Tuxtla Gutierez. Zanim zjadę do miasta mijam kolejny zawał. Tym razem widać, że niestety są ranni. Musiało to nastąpić nie dawniej niż godzinę temu, ponieważ o strony odległego wciąż miasta dojeżdża akurat karetka. Krótka przerwa na rozprostowanie kości i jadę dalej.

Za Tuxtlą rozwidlenie na północ na Villahermosę lub dalej na wschód w stronę Gwatemali. Czas na podjęcie decyzji – uznaję, że dam radę dotrzeć dziś do Palenque. Ostatnie tankowanie i tuż za San Cristobal de las Casas opuszczam w końcu Pan Americanę, dopiero tutaj kierując się na północ. Ze względu na roboty drogowe i meksykańskie ciemności odnalezienie trasy zabiera mi dobre pół godziny jazdy tam i z powrotem. Tutaj zaczyna się najtrudniejszy odcinek drogi. Do zawałów skalnych i odcinków w remoncie, blokujących przejazd co kilkanaście kilometrów zdążyłem się już przyzwyczaić w ciągu tego długiego dnia, do tego, że jeden pas drogi znika nagle w przepaści, na skutek zawału czy obsunięcia, a jedynym ostrzeżeniem jest znak wystający z tej  dziury również, jednak dodana do tych przyjemności gratis rzęsista ulewa i okresowo pojawiające się mgły dają nową jakość. Do Palenque docieram dopiero około drugiej w nocy.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

DZIEŃ 6 – Ba’ak zwane dzisiaj Palenque i X-làabch’e'en zwane dziś Kohunlich – 12 IX 2010

Budzę się w obskurnym śmierdzącym pokoju na ranczo opodal ruin. Za oknem dudni ulewa, której krople ukołysały mnie do snu, a sporych rozmiarów ćma zapamiętale naparza w sufit. Czy ona mogła mnie zbudzić? Po ścianach wszędzie coś pełza albo lata i brzęczy ale o drugiej w nocy trudno było znaleźć cokolwiek lepszego, a ze względu na ambitny plan pokonania jak największej ilości kilometrów w drodze na Jukatan, nie wiedziałem gdzie uda mi się wczorajszej nocy dotrzeć. Za otwartym oknem, w wilgotnym lesie zwrotnikowym (o jakże prosto ale nieprawidłowo byłoby napisać „w dżungli” ;) ponownie rozlega się wściekłe ujadanie małp. Więc to mi się nie śniło… a pobudka skoro świt to zatem czarrrna… maaałpia… rrrobota… Zagryzam zęby i zrywam się z posłania. Kwatera szczęśliwie wyposażona jest w prysznic, po krótkiej ablucji ruszam, więc w stronę leżących na terenie Parku Narodowego „Palenque” ruin. To jedne z najsłynniejszych pozostałości po Majach w całej Mezoameryce. Od dawna chciałem tu być jednak nie układało się jakoś na wyprawę w tym kierunku, a z Quintana Roo. do Chiapas jest jednak kawałek drogi. Na szczęście przestaje padać.

Wejście do Parku jest płatne, podobnie jak do ruin. Jak na słynne ruiny przystało wokół bramy wejściowej rozlokował się szpaler budek oraz wędrownych nagabywaczy z rzeczami, których nie potrzebujesz ale powinieneś kupić ponieważ są tanie, …właściwie są „za darmo”. W całym praktycznie kraju można kupić te same bzdury odlewane z żywicy bądź gipsu. Zastanawiam się czy to, podobnie jak w egiptowie, porządna chińska robota, czy też znalazł się ktoś na tyle mądry aby odpalić lokalną inicjatywę. Mimo, iż dotarłem na miejsce tuż przed otwarciem parku, miejsce szybko zapełnia się turystami psując mi trochę przyjemność. Wokół parkujących samochodów kręcą się również nagabywacze-przewodnicy. Za godzinną wycieczkę po ruinach oferują ceny znacznie wyższe niż znane mi z innych miejsc ale dzięki wrodzonemu urokowi osobistemu i miłemu sposobowi bycia szybko dobijam targu sprowadzając cenę na ziemię. Mam dzisiaj dobry humor ;)

Nocne opady zamieniły teren w małe trzęsawisko ale na takie koleje losu jestem przygotowany. Przewodnik sprawnie oprowadza mnie po najważniejszych ruinach. Palenque robi wrażenie. Miejsce byłoby naprawdę niesamowite gdyby było puste. Ponieważ nic nie poradzę na to, że jest to duży kołchoz turystyczny staram się cieszyć tym czym mogę. Przewodnik pokazuje mi głowę Kukulkana (jestem u Majów, więc najwyższy czas przestać nazywać go Quetzalcoatlem ;) , która jemu samemu jako żywo przypomina normański drakkar. Najważniejsze budowle Palenque, które właśnie oglądam były co najmniej przebudowywane za czasów K’inich Janaab Pakala – najpotężniejszego władcy Palenque i jego synów, a więc na przełomie siódmego i ósmego wieku. Fantazjujemy, że o ile brodaty i białoskóry Wirakocza, który w późnym średniowieczu pojawił się w Peru czyniąc znak krzyża i ucząc sakramentów, sprawia wrażenie Templariusza, o tyle poprzedzający go białoskóry i brodaty Kukulcan vel Quetzalcoatl – dawca praw i nauczyciel narodów Mezoameryki, mógł być Normanem. To bardzo odważne wnioski i bardzo krótkie podsumowanie dwóch ciekawych i rozległych mitów, w których trudno dziś związać jakiekolwiek fakty ze sobą dlatego zostawiam temat ciesząc się pięknem miejscowej wersji majańskiej architektury. Po obiegnięciu ruin w koło oglądam jeszcze wodospad, od którego niegdysiejsze Lakam Ha wzięło prawdopodobnie swoją nazwę.

Czas ruszać w dalszą drogę. Za ostatnie pesety tankuję do pełna zastanawiając się jak daleko uda mi się dojechać w niedzielę, kiedy wszystkie banki są najprawdopodobniej zamknięte (wymiana waluty w Meksyku to prawdziwa udręka, szczególnie kiedy pracownik banku musi przepisać „za karę” wszystkie dane z paszportu). Droga wiedzie na północ, w kierunku Campeche. Po drodze mijam rozlewiska Rio Usumacinta. Po obu stronach drogi potężne połacie terenu są zalane przez wodę. Widać, że trwa pora deszczowa. Poprawie dwustu kilometrach droga odbija na wschód i dociera do Escarcegi. Tutaj udaje mi się wymienić dolary i zatankować. Nie pytajcie mnie jak. Ruszam dalej. Droga wiedzie teraz prawie po linii prostej jakieś 300 km. Teren robi się równy jak stół, a krajobraz to nareszcie Jukatan jaki znam i wspominam i lubię. Kiedy przekraczam granicę Campeche – Quintana Roo. wydaję okrzyk radości. Droga mija liczne, ważne stanowiska archeologiczne Majów, które jeszcze kiedyś zobaczę, niestety jednak nie dziś. Mając wreszcie gdzie, wyciskam co tylko dała fabryka z dodge’a i przed Chetumal udaje mi się zaoszczędzić dobrą godzinę. Poświęcam ją oczywiście na zwiedzanie Kohunlich :) Mimo, że gdy dojeżdżam do ruin zaczyna padać deszcz, śmieję się sam do siebie wspominając słowa: „Przemek, oni ciebie zaje… jeśli każesz im oglądać jeszcze jedne ruiny”. Chciałem kiedyś nadłożyć parę kilometrów w drodze powrotnej z Belize by obejrzeć to miejsce, więc tym razem po prostu nie mogę sobie odpuścić. I nie żałuję, bo to niewielkie, w porównaniu z zajechanym przez turystów Palenque, miasto dało mi wiele więcej wrażeń niż dzisiejsza poranna wycieczka :) Widać wszystko musi mieć swój czas…

…bo trafia mi się bilet „bez ludzi” :) . Jestem tu zaledwie godzinę przed zamknięciem. Pełen nadziei wbiegam pomiędzy ruiny. Są niesamowite, tak inne od wszystkiego co widziałem do tej pory. Z aparatem w jednej ręce, a kamerą video w drugiej rzucam się w wir dokumentowania. Teren miejscami wygląda zupełnie niczym świeżo wykarczowany. Znowu czuję się jakbym bym pierwszym odkrywcą, tych zidentyfikowanych zaledwie w drugiej połowie ubiegłego stulecia ruin. Ogarnia mnie szał poznania. W międzyczasie zaczyna padać deszcz. Zarzucam pelerynę ani na chwilę nie przerywając sobie zabawy. Nawet gdy przyjemny deszcz zamienia się w rwącą ulewę ja ciągle biegam wśród kamieni, próbując ogarnąć każdy najdrobniejszy szczegół obiektywami i wzrokiem. Wspaniały dzień.

Równo w godzinie zamknięcia udaje mi się dobrnąć do ustawionego tuż za szlabanem auta. Mocne jankeskie buty ponownie zdają egzamin w kałużach po kostki. Wciąż śmiejąc się do siebie ruszam dalej. Zatrzymuję się na kolację w polecanej przez przewodniki Laguna Azul – eklektyczny, festyniarski lokal nie warty wspomnienia. Podobne miejsce za niedaleką granicą Belize miałoby solidny karaibski urok. Szybko ruszam dalej, ponownie na północ. Pomimo, iż do Tulum zostało mi jeszcze ponad dwieście kilometrów czuję się jakbym wracał do domu. Dodge chyba też czuje stajnie, bo udaje mi się zajechać kwadrans przed dwudziestą. Spotkanie z grupą, powitanie przyjaciół, pęka butelka dobrego białego wina. Życie potrafi być piękne o dwudziestej w Meksyku…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

DZIEŃ 7 – Kurs jaskiniowy w Tulum i rezerwat Sian Ka’an – 13 IX 2010

Miło jest budzić się wśród znajomych ścian po przejechaniu w wariackim tempie ponad dwa i pół tysiąca kilometrów po meksykańskich „drogach”. Wskakuję do basenu by wstrzyknąć trochę życia w zmęczone mięśnie i kości. Punktualnie o ósmej zasiadamy do śniadania pod palapą, przy hotelowym basenie. Jest miło, są uśmiechy, są nadzieje i oczekiwania, tak jak zawsze na początku kolejnej przygody. Dzisiaj niektórzy, a wśród nich szczęśliwie ja, zaczynają kurs jaskiniowy. Na szczęście pierwszy dzień to teoria, bo nie wiem jak dałbym sobie radę z podźwignięciem twina.

Wieczorem odwiedzamy znajome lokale i jedziemy na plażę przy rezerwacie Sian Ka’an, po drodze dzieląc się wrażeniami. Szybko padam zmęczony. Jak dobrze zasypiać w Tulum :)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , | Skomentuj

DZIEŃ 8 – Nurkowania kawernowe w systemie Aktun Ha – 14 IX 2010

Rano nareszcie jesteśmy w wodzie. Aktun Ha kwitnie o tej porze roku, pokryta jest więc metrową warstwą zieleni. Pod spodem znajome akwarium słodkowodne oświetlone mocnym meksykańskim Słońcem. Setki akwariowych rybek pływających za płetwonurkami. Mamy kilka minut żeby oswoić się z akwenem, sprzętem i wodą. Przejrzystość poniżej warstwy zieleni sięga 30m. Czas się wynurzyć – widzę swoją partnerkę – Halle, znikającą kawałek po kawałku w zielonej chmurze. Po chwili tylko olbrzymie stado płynących za nią tetr świadczy o miejscu, w którym zniknęła przed chwilą. Wspaniałe miejsce, od którego zaczynamy wszystkie wycieczki po Cenotach na Jukatanie tym razem posłuży dodatkowo jako poligon kursu kawernowego i wprowadzenia do jaskiń.

YouTube Preview Image

Dzisiaj czekają nas ćwiczenia w poręczowaniu, zakręcaniu i odkręcaniu zaworów w trakcie nurkowania, postępowanie w przypadku braku powietrza, nurkowaniu bez maski po poręczy czy nurkowaniu dwóch osób na jednym źródle wyporu, wreszcie najciekawsze: wychodzenie z kawerny po poręczy bez światła i na jednym źródle powietrza. Jeśli wydaje Wam się, że płynąc po sznurku nie da rady się zgubić i np. zacząć płynąć w stronę, z której właśnie się przypłynęło to macie rację – wydaje Wam się :)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

DZIEŃ 9 – Wprowadzenie do jaskiń w systemie Aktun Ha – 15 IX 2010

O 4tej rano miał obudzić nas sztorm. Nadciągnął godzinę wcześniej i na szczęście do rana wystrzelał się z wody. Wracamy do Aktun Ha. Na miejsce transportuje nas Deon – mąż Halle. Z daleka towarzyszy nam również pod wodą. Słucha dobrej, ostrej muzyki, twinami rzuca jakby były z balsy i ciągle ma czymś zajęte ręce… Szybko przypada mi do serca jego oszczędne, wojskowe poczucie humoru. Ćwiczenia w poszukiwaniu zaginionego buddy’ego są ciekawe w praktyce ale strona teoretyczna pozwala wyobrazić sobie powagę tego co może nastąpić jeżeli nie będzie przestrzegało się reguł.

Na kolację znajduję najwspanialszą wersję nachos con queso jaką udało mi się do tej pory upolować w Meksyku. Tulum wciąż jeszcze ma ducha spokojnej majańskiej miejscowości ale zmienia się nieuchronnie, choć na szczęście powoli. Niestety nie mam wątpliwości, że za kilka lat przeobrazi się w kolejny odpychający kołchoz turystyczny, podobny do koszmarów w stylu Cancun czy Playa del Carmen, gdzie tabuny niedoinformowanych dają się skusić na „meksykańskie wakacje”, od „egipskich” różniące się chyba tylko nieco mniejszą ilością natarczywie molestujących lokalesów wokoło.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

DZIEŃ 10 – Wprowadzenie do jaskiń w systemie Aktun Ha – 16 IX 2010

Ponownie Aktun Ha. Najciekawsze ćwiczenie dnia to poszukiwanie w pojedynkę i bez światła, zagubionej poręczówki. Baardzo pouczające. Poznajemy też wreszcie drugą stronę kompleksu (downstream), nieużywaną przy nurkowaniach kawernowych ze względu na znacznie gorszą widoczność i ilość zalegającego na dnie osadu, gotowego w każdym momencie by odciąć ją zupełnie. Cztery nurki dziennie dają trochę w kość ale radość przepełniająca serce rośnie z każdym z nich. Pomiędzy nurkowaniami szkoleniowymi udaje mi się wreszcie zrobić kilka zdjęć. Zakończyliśmy dzisiaj część kawernową oraz intro do jaskiń, od jutra poprzeczka jeszcze wyżej. Nie mogę się doczekać…

Wieczorem jak co dzień, spacer szlakiem ulubionych lokali. Nieuchronnie dotarłem do półmetka kursu i etapu stacjonarnego w Tulum. Powoli zaczyna we mnie narastać wstręt przed powrotną drogą na północ i ponownym doświadczeniem Ciudad de Mexico wraz z przyległościami. Nie rozumiem co ludzi tam ciągnie, a już najbardziej pomysłu przemieszczania się stamtąd w drodze na Jutakan, żeby zrobić 2-4 nurki w Cenotach przyległych do Playa ;/ Szczęśliwi, którzy wsiądą na pokład samolotu w Cancun, w drodze powrotnej do domu :(

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

DZIEŃ 11 – Nurkowania jaskiniowe w systemie Temple of Doom – 17 IX 2010

Zaczynamy trudniejszą i ciekawszą część kursu – nawigację po jaskiniach. Trawersy i pętle, złożone i proste, a to wszystko w systemie Temple of Doom. Zaczynamy od Calavery – bardzo lubię to miejsce (haloklina na 12-14m, lustro wody na jakichś 3m) ale nigdy jeszcze nie skakałem w twinie z większej wysokości. Nie wiem czy się chwaliłem, że mam akrofobię, dlatego po pierwszym nurku skaczę jeszcze parę razy „dla przyjemności” ;) . Dalej Pasaż Madonny – niezwykle urokliwe przejście zamykające się w pętlę wyrastającą z Calavery i rozliczne niespodzianki po drodze: zakręcony zawór, podniesiona chmura osadu nagle pochłaniająca wszystko, „spadnięta” płetwa – Marco dba o naszą koncentrację.

17 IX to jeden z najsmutniejszych dni w polskim kalendarzu, więc żadnych spacerów ani zabaw wieczorem.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

DZIEŃ 12 – Nurkowania jaskiniowe w systemie Sac Aktun – 18 IX 2010

Sac Aktun – drugi co do długości kompleks podwodnych jaskiń na świecie. Obecnie ma oporęczowanych 180,119 km korytarzy, ustępując najdłuższemu na świecie systemowi Ox Bel Ha o zaledwie dwa kilometry. Słynie z cudownie pięknych białych ścian, stalaktytów i stalagmitów:

YouTube Preview Image

Startując z Grand Cenote trenujemy trawersy poznając nowe, wspaniałe miejsca jak Ho-Tul Cenote, Cuzan Nah czy Paso de Lagarto. Po nurkowaniu długo zostaję na powierzchni wody, zapatrzony w sklepienie jaskini. Wspominam swoje pierwsze nurkowania w Cenotach parę lat temu. Wtedy właśnie po każdym nurkowaniu zostawałem długo na powierzchni ale w najśmielszych snach nie przypuszczałbym, że będę wracał tu znowu i znów… W zaroślach wokół platformy mieszka rodzina żółwi czerwonolicych. Widuję je tu za każdym razem – zarówno średnie okazy beztrosko bawiące się w wodzie kiedy nie ma snorklerów, jak i większe, dobrze już porośnięte glonem osobniki. Ich widok sprawia, że zapominam o zmęczeniu.

W trakcie nurkowań zwracam uwagę jak głęboko, nawet w pozbawionych światła jaskiniach, spotykamy nie pozbawione wzroku rybki strefy „oświetlonej”. To Astyanax mexicanustetra meksykańska. Niestety nurkowie jaskiniowi zmienili zachowanie tych ryb, umożliwiając im długie wycieczki w głąb jaskiń, dzięki używanemu światłu. Sprytne rybki albo wracają wraz z nurkami do strefy światła albo pozostają w głębi jaskiń, czekając cierpliwie na kolejną grupę nurków żeby pożywić się w ich świetle. Tetra przetrzebiła w ten sposób gatunki jaskiniowe, dużo sprawniej polując przy latarkach niż ślepe rybki w ciemności. Zasada nieoznaczoności Heisenberga w skali makro…

Jaskiniowa część kursu to nie przelewki, dzień kończy się stratami. Szkoda, bo zdążyłem już wszystkich polubić. Dalszą część będziemy jednak kontynuować tylko ja i Jorge – niewysoki lokalny macho, który powtarza kurs. Robi się ciasno… szczególnie, że mamy za sobą już pierwsze spięcie ;)

Wieczorem jedziemy całą grupą do rezerwatu Sian Ka’am, kończąc wieczór pod palapą (bywalcy wiedzą co to oznacza). Przede mną jeszcze najtrudniejsze dwa dni ale pęka butelka wina z Concha y Toro. Cały czas nie mogę przecież być taki poważny ;)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

DZIEŃ 13 – Nurkowania jaskiniowe w systemie Sac Aktun – 19 IX 2010

Czy 13-ka wiąże się z pechem? Hmm… Wracamy do Grand Cenote w Sac Aktun, po drodze Marco i Jorge uczą mnie nowych ważnych słów w miejscowej odmianie hiszpańskiego. Jorge to weteran – jego karnister na baterię przypomina amatorską radiostację z lat 50-tych szkoda, że wczoraj zdechła mu tuż po wpłynięciu do jaskini… Ma też problemy z dźwiganiem:

- Mógłbyś pomóc mi podnieść twina? – pyta.

- Jasne Horge, mój przyjacielu – odpalam na tyle głośno, by wszyscy w okolicy mogli to usłyszeć, podrzucam twinset uśmiechając się jowialnie i biegnę z nim do auta.

- Mógłbyś zrobić to tak żebym nie poczuł się źle? – pyta kiedy wracam, z kwaśną miną podając mi drugi twinset. Kultura macho

Robimy ponownie Cuzan Nah przez Ho-Tul Cenote. Ja prowadzę. W jaskini jest dzisiaj kilka innych grup, więc trzeba uważać na cudze linki i znaczniki, tak jak na wymijanie się grup pod wodą. Czuję się wspaniale prowadząc w jaskini, mam też te chwile na nasycanie się jej pięknem. Tym razem używamy skrótu, co oznacza dwie poręczówki więcej i przeciskanie się płytkim przewężeniem. Pomimo bezstresowego nurka, zbliżam się do limitu w miejscu gdzie dzień wcześniej musieliśmy zawrócić płynąc dłuższą drogą. Podejmuję decyzję o powrocie. Jorge aż za bardzo pomaga mi ze zwijaniem poręczówek ale nie miał okazji wytknąć mi żadnego drobiazgu z rodzaju tych, które ja wytykałem mu poprzedniego dnia ;) W drodze powrotnej Marco zasypuje nas osadem podniesionym z dna, w trakcie przejścia przez przewężenie. Nic nie widać ale poręczówka wyprowadza nas na zewnątrz.

– &$% @# $@ – Jorge uśmiecha się na powierzchni – dobrze ci poszło.

– &$% @# #$ – odpalam z uśmiechem, mając nadzieję, że jest choć ze 20 lat młodsza od brata – zadziwiające, że w tym wieku jeszcze dajesz radę :)

Tak dziękujemy sobie za wspólnego nurka. Moje zadowolenie nie potrwa jednak długo. Za drugim razem kiedy mamy płynąć do Paso de Lagarto, tuż po s-drillu puszcza mi o-ring. Błyskawicznie zakręcam zawór tracąc niecałe 5 bar ale nie mam ze sobą zapasu. Życie to ustawiczna nauka – nurek właśnie się skończył. Wyskakuję na powierzchnię bluzgając wszystkimi ważnymi hiszpańskimi słowami jakich nauczyłem się dzisiaj w uzupełnieniu do tych, które znałem już do tej pory. Marco na szczęście później ratuje mnie z opresji, znajdując właściwy o-ring u siebie.

Po popołudniu, zirytowany wsiadam w auto i odpalam wrotki w stronę położonego za Angelitą Muyil. Spacer po ukrytych w lesie zwrotnikowym, ruinach Chunyaxche uspokaja. Początki tego miejsca sięgają dobrze okresu preklasycznego. Natrafiono na nie przypadkiem, w trakcie budowy drogi z Cancun do Chetumal. To co zostało, w tym najwyższa na zachodnim wybrzeżu Jukatanu, smukła 17-to metrowa piramida daje wyobrażenie o tym jak wspaniała musiała być całość. Wielka strata, że droga „nie mogła” tych ruin ominąć…

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

DZIEŃ 14 – Nurkowania jaskiniowe w systemie Naranjal, finał kursu! – 20 IX 2010

Miejsce akcji dzisiejszego dnia to Cenote Cristal – jedna z tych położonych dalej na południe, do których „nie dojeżdża się” z Playa. Niegdyś nazywała się Naharon, później nazwą tą objęto cały system, na który składa się kilka cenot. Jeszcze później system Naharon wchłonięty został przez jeszcze większy, liczący obecnie 24 432 m system Naranjal, podobnie jak sąsiednia cenota Escondidos wraz z systemem Mayan Blue. Wreszcie… rozeszły się pogłoski o odkryciu połączenia pomiędzy Naranjal a najdłuższym na świecie system jaskiń podwodnych, liczącym obecnie 182 153 m systemem Ox Bel Ha. Taka już kolej rzeczy…

Miejsce przypomina trochę Aktun Ha, zarówno pod jak i ponad wodą. Słodkowodne akwarium jest trochę bardziej porośnięte glonem ale z setkami gupików, molinezji i tetr meksykańskich wygląda naprawdę pięknie. Później wpływamy do jaskini…

Jest ciemno. Jest bardzo ciemno. Stromy syfon spada od razu kilkanaście metrów w dół – Cristal nie ma odcinka kawernowego. Jest tak ciemno, że w pierwszej chwili cisną mi się na usta wszystkie ważne hiszpańskie słowa poznane do tej pory. W porównaniu do wspaniałych, białych stalaktytów Sac Aktun, jaskinia przypomina mi raczej drogę do piekła. Duże komnaty z ciemnymi ścianami, tonącymi w oddali i w mroku wywołują lekki dreszczyk emocji ale w ósmym dniu intensywnego szkolenia i z dwoma XTremalnymi Poseidonami na plecach czuję się pewnie i naprawdę bezpiecznie. Płyniemy w kierunku Południowej Sacbe. Niestety, ze względu na limit nie docieramy do wspaniałych komnat z halokliną. W drodze powrotnej Marco bada moje reakcje w sytuacjach awaryjnych – działam zupełnie odruchowo i sam czuję postęp.

Prowadzę drugiego nurka ciągnąc kołowrotek na wyciągniętej w bok ręce. Tym razem droga ku Głównej Linii. Po 15-tu minutach, w okolicach 18tu metrów zaczyna się haloklina, niestety również dość długie, płytkie i wąskie przewężenie. Z wejścia w haloklinę zdaję sobie sprawę dopiero, gdy odwracając dołem głowę ku Jorge, widzę jego wątłe światło za „stopioną szybą”. Na szczęście idziemy zgodnie z planem, mając sporo rezerwy. Chwilę później zaplątuję się w linę ale potrafię sobie sam poradzić z problemem. Wkrótce Jorge daje sygnał i zawracamy kierując się ku wyjściu. W myślach przewijam całe nurkowanie, zastanawiając się czy gdzieś mogłem popełnić jakiś drobny błąd. Zaplanowana 10 minutowa dekompresja dłuży się niesamowicie.

Po południu długa rozmowa z Marco, o tym jak wykorzystywać zdobytą w trakcie kursu wiedzę i jak dalej rozwijać swoje umiejętności – dziś tylko ja zakończyłem kurs z pozytywnym rezultatem. Wieczorem celebracja i pożegnalna impreza. Spoglądam w gwiazdy z lampką wina w dłoni. A więc zrobiłem to! Jestem certyfikowanym nurkiem jaskiniowym!

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

DZIEŃ 15 – Jesienny equinox w Ek Balam i Chichen Itza, ruszam w dalszą drogę… – 21 IX 2010

Ciężko wyjeżdżać z Tulum. Nazajutrz pakujemy się na wycieczkę po najsłynniejszych majańskich ruinach Jukatanu. Dzisiaj equinox: Ek Balam i Chichen Itza, jutro Uxmal i Droga Puuc. Ek Balam jest wspaniałe. Bardzo się rózni od sąsiedniej Chichen Itza choć wydaje się mieć podobny, toltecki charakter włączając w to mur obronny dookoła centrum. Wspinamy się na kolejne piramidy zaglądając do opuszczonych pomieszczeń. W jednym z nich, u podnóża najwyższej natrafiam na niewielki otwór w ścianie z bardzo mocnym ciągiem zimnego powietrza z wewnątrz, ciekawe… W palącym Słońcu wspinam się po schodach na górę. Imponujący ołtarz po lewej stronie (ten z figurami tzw. aniołów) daje do myślenia. Ze szczytu piramidy wspaniały widok na okoliczny las zwrotnikowy. Z pomiędzy koron drzew wystają ruiny majańskich budowli. Niesamowite miejsce.

Chichen Itza imponuje jak za każdym razem, szczególnie kiedy na świeżo mogę porównać Świątynię Wojowników ze Świątynią Tlauizcalpantecuhtli w Tuli, a Salę Tysiąca Kolumn ze Spalonym Pałacem. Podobieństwo jest wprost uderzające, z dokładnością do podobizn Kukulkana/Quetzalcoatla wyrytych na kolumnach czy jaguarów na ścianie przypominających jako żywo te ze ściany Coatepantli. Porównanie to jednak miażdży Tulę, więc może Tula to nie mityczne Tollan? A może Topilzin Ce Acatl Quetzalcoatl zbudował przy użyciu Itzów nowsze, wspanialsze miasto po przybyciu na Jukatan? Tego dzięki biskupowi Diego da Landzie, który spalił na stosie wszystkie majańskie zapiski jakie umiał znaleźć, a później zaczął je interpretować, nie dowiemy się pewnie już nigdy…

Oprowadzam grupę nurków kawernowych. Dzisiaj Fiesta del Sol – festiwal Słońca, który dwa razy do roku gromadzi żądnych sensacji i widoku zstępującego na Ziemię boga Kukulkana, jak również i nowych wyznawców samego Kukulkana, głównie z USA. Kilka tysięcy ludzi spędza w każdym razie cały dzień siedząc na trawie pod piramidą, żrąc popcorn albo chłonąc zstępującą wraz z Kukulkanem energię. Dzisiaj niebo lekko się chmurzy, widzimy w tym działanie zazdrosnego Chaaca ;) Kiedy tylko chmury rozstępują się na chwilę, a Słońce rzuca poprzez krawędź zigguratu cień pełznącego węża, zewsząd unoszą się głosy, błyskają flesze, a wyznawcy unoszą ręce wołając „Kukulkán!”. Dla uspokojenia liczę schody na Jego piramidzie: 1, 2, 3… 90. Większość „zdalnych przewodników turystycznych” bezmyślnie powtarza, że 91, więc wolę się upewnić. Pomiędzy wyznawcami przechadzają się Majowie z rękoma pełnymi wyrobów miejscowej Cepelii, wołając  „One dollar, almost free…”, a co najlepsi „Bad price!” :) Są poczciwi – daleko im do chasyda z zapałem wciskającego chrześcijanom różańce, którego niegdyś spotkałem w Jerozolimie :?  4 x 91 + taras daje 365 ale majański rok solarny miał 360 dni + 5-6 dni dodatkowych – a przecież część tych samych przewodników podaje długość roku haab = 18 miesięcy po 20 dni, więc nie trzeba na siłę dodawać nieistniejących schodów, wystarczy choć raz na własne oczy zobaczyć to o czym się pisze… Większości przyjezdnych jest chyba jednak obojętne czy oglądają budowle Majów czy Maji, więc gdyby ze świątyni na szczycie wynurzył się Wodecki i zaśpiewał „Gdzieś jest lecz nie wiadomo gdzie…” zebrałby brawa od rodaków, a przez pozostałych zostałby obwołany wcielonym Kukulkanem. Na straganach masa nikomu do niczego niepotrzebnych gadżetów: magnesów na lodówkę, przycisków do papieru, figurek i odlewów żywicznych, okarynek do naśladowania głosu jaguara (tutejsi sprzedawcy robią to nieco gorzej niż ci w Teotihuacan), koców z symbolami majańskimi i azteckimi, hamaków, koszulek itp. Idzie im raczej cienko. W sklepie dla turystów wiszą bardziej chodliwe t-shirty z napisem „21.12.2012 Kukulkán powraca…” – na ludzkim strachu czy religii robi się lepszy interes…

Dzień jest męczący ale być w Meksyku i nie zobaczyć Chichen Itza to jak pojechać do Zakopanego i nie zrobić zdjęcia z misiem… ;) Żartuję. To miejsce naprawdę trzeba zobaczyć i najlepiej wcześnie rano, kiedy nie ma jeszcze w środku tak olbrzymich ilości mięsa armatniego ale przypomniał mi się Marco, który na widok autobusu z turystami zwalniającego przy Aktun Ha powiedział przedrzeźniając przewodnika: „Po lewej stronie widzicie cenotę. Miejsce to nosi nazwę Carwash ponieważ niegdyś kierowcy myli tu taksówki. A teraz jedziemy do Chichen Itza zwiedzić autobusem słynne miasto Majów…”. Turystyka streszczeniowa, zupełnie jak dwa dni nurkowe w cenotach i dwa dni w „oceanie”…

Spędzam wieczór w kolonialnym hotelu porządkując zapiski i obrabiając zdjęcia. Zastanawiam się nad nocną wizytą w ruinach (w ciągu dnia wypatrzyłem sobie przejście) ale zapadam w sen. Następnym razem zatem…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

DZIEŃ 16 – Podróż przez Jukatan i skarby Majów Puuc – 22 IX 2010

Ruszam na zachód Jukatanu, dzisiaj Ruta de Puuc. Naprawdę nie chce mi się opuszczać Półwyspu, postanawiam więc wykorzystać dzień marginesu na przedłużenie pobytu w Mundo Maya i przerzucam w myślach Uxmal na kolejny dzień. Wzgórza Puuc to niesamowicie malownicze miejsce. Kiedy tylko wyjeżdża się z Toluc, warto zatrzymać się na pierwszym górskim zakręcie na kilka głębokich oddechów, stoi tam zresztą kafejka postawiona specjalnie w tym celu. Z miejsca tego rozciąga się widok na potężną, porośniętą suchym lasem zwrotnikowym, równinę. Ja jednak wpadam na Ruta de Puuc od drugiej strony, w pierwszej kolejności odwiedzając Labnę i słynny dzisiaj Łuk Labny – pozostałość po zwykłym niegdyś połączeniu pomiędzy dwoma budynkami, które naszkicował na swych urzekających rycinach, podziwiając je jeszcze w całej wspaniałości, Frederick Catherwood. Jeżeli nęci Was smak przygody, sięgnijcie do jego prac, bowiem biją bezlitośnie to co mogę dzisiaj sfotografować. Do dziś pozostał tylko Łuk…

W ruiny prowadzi mnie xtoloc – endemiczna odmiana iguany żyjąca na Jukatanie. Duchy Majów… Podziwiam charakterystyczne dla klasycznego stylu Puuc półkolumny i inne zdobienia, dostrzegam podobieństwa do Uuc Abnal – starego miasta „pod” Chichen Itza. Liczne podobizny Chaaca na rogach budynków i nad portalami… Nikogo nie ma wokół. To właśnie miałem nadzieję uzyskać nie odwiedzając w środku dnia bardziej popularnych ruin Uxmal. Dlatego w Ruta de Puuc wjechałem od końca. Pozwalam sobie zatem na bardziej szczegółowe oględziny ruin… Wzgórza Puuc to najbardziej sucha część Jukatanu. Ze względu na wysokość n.p.m. nie ma tu cenot, więc tutejsi Majowie musieli polegać w całości na chultunob’ – olbrzymich, butelkowatych cysternach magazynujących deszczówkę i… Chaacu, który zsyłał im deszcz. Lustruję więc dokładnie Pałac w Labnie ale nie znajduję żadnego chultuna. Pojawia się za to coraz więcej xtoloców.

Z Labny ruszam do mocno zarośniętego przez „dżunglę” Xlapak – tu jeszcze więcej wspaniałych masek Chaaca, później do Sayil, które imponuje rozległym, trzypiętrowym pałacem, by wreszcie zatrzymać się w Kabáh. Tu rozpoznaję wreszcie chultun, zdając sobie jednocześnie sprawę, że widziałem ich juz dzisiaj kilka do tej pory. Z wierzchu wygląda zupełnie niepozornie: niska, kamienna miednica o średnicy kilku metrów z otworem na środku, pod ziemią natomiast znajduje się wielka kamienna butla, również o średnicy kilku metrów. Szczerze mówiąc gdybym nie wiedział nie domyśliłbym się.

W Kabáh jest już trochę ludzi ale udaje mi się spędzić długie sam na sam ze słynną ścianą Codz Poop – fasadą tzw. Pałacu Masek, szczelnie pokrytą gęsto upakowanymi podobiznami Chaaca. Kulki w jego kwadratowych oczach przypominają mi świecące czerwienią diody w oczach androida. Atrybutem Chaaca była broń ciskająca pioruny. Maski Chaaca raczej w mocno odległy sposób korespondują z przypominającymi roboty z bajek dla dzieci, maskami azteckiego boga deszczu, Tlaloca. Nie dopisujcie proszę historii do moich swobodnych „robotomorficznych” skojarzeń – są jak najbardziej naturalne dla dziecka mojej epoki, wychowanego na literaturze sience fiction (a odnośnie tej konkretnej sytuacji, polecam lekturę noweli „Ostatni dzień stworzenia” Wolfganga Jeschke ;)

Po południu docieram do Uxmal. Miasta Ruta de Puuc były ongiś połączone pomiędzy sobą i z Uxmal za pomocą sacbeob’ – kamiennych dróg na grubym podwyższeniu. Postanawiam wreszcie odpocząć spędzając wieczór z lampką czerwonego wina w hotelowym basenie, graniczącym z barem na wewnętrznym atrium. Hotel jest prawie pusty, a atrium towarzyszy miła atmosfera dobrze utrzymanego ogrodu. Niebo nad dachem czerwienieje dodając kontrastu sporych rozmiarów ceibie rosnącej na dziedzińcu. Dociera do mnie, że to pierwsza dłuższa chwila błogiej bezczynności od bardzo, bardzo dawna. Nie pamiętam jak dawna…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

DZIEŃ 17 – Magia Majów Puuc w Uxmal i Itzowie w Edzná – 23 IX 2010

Skoro świt wyruszam w ruiny przewspaniałego Uxmal, w towarzystwie Jorge – miejscowego mistyka chodzącego pomiędzy ruinami od 40-tu lat. Jorge jest Majem, pochodzącym z typowej, wielodzietnej, ubogiej, indiańskiej rodziny. W dzieciństwie marzył o karierze torreadora, jednak jego ciekawość świata i potrzeba rozwoju osobowego zaprowadziła go na ścieżkę tajemnic. Jego opowieści o Majach i Óoxmáal to masa interesujących faktów i jeszcze większa masa eklektycznych, często dość luźno powiązanych interpretacji. Pokazuje mi wiele ciekawych szczegółów, które pewnie uszłyby mojej uwagi nawet przy bardziej dokładnych oględzinach ruin.

Uxmal, które na krótki okres zjednoczyło pod swoim berłem cały region Puuc, to prawdziwe arcydzieło architektury Puuc. Starannie zaplanowane ułożenie i konstrukcja budynków wokół tzw. Dziedzińca Mniszek odzwierciedla spojrzenie Majów na ich kosmologię: położenie budynków okalających plac na trzech poziomach, 9 poziomów podziemi ilustrowanych przez wejścia do budynku położonego najniżej i 13 poziomów nieba ilustrowanych przez wejścia do budynku położonego najwyżej, w centrum placu stała kolumna reprezentująca Drzewo Świata – axis mundi łączącą wszystkie trzy poziomy, centralne przejście w budynku reprezentującym podziemia prowadzi wprost na boisko peloty, która zdaniem wielu badaczy stanowiła przejście do świata podziemi, będąc szczególnego rodzaju spektaklem życia i śmierci.

W odróżnieniu od innych miast, gdzie podobne zabiegi poświęcano equinoxom, fenomen światła i cienia, zaobserwowany na tzw. Gołębniku odpowiada tu początkowi astronomicznej zimy. Domniemany pałac króla Chaaka, zwany Pałacem Gubernatora, przyozdobiony jest podobizną króla oraz 180-ma maskami boga Chaaca – dokładnie tyloma ile dni wschód i zachód Słońca przesuwają się po horyzoncie w jednym kierunku (pomnóżcie to przez dwa i macie długość haab’ – majańskiego roku solarnego). Są tu obecne oczywiście również fenomeny akustyczne: przy Piramidzie Karła zwanej również Piramidą Wieszczki lub Piramidą Maga (w polskich przewodnikach dość niefortunnie tłumaczonej jako Piramida Wróżbity – legenda o wybudowaniu piramidy w ciągu jednej nocy przy pomocy magii, mówi o wykorzystaniu do tego celu karła, będącego synem wiedźmy), oraz przy wspomnianym powyżej centralnym przejściu z głównego dziedzińca na boisko do peloty, w wyjątkowy sposób wzmacniającym głos znajdującej się tam osoby.

Nie wszystkie piramidy w Uxmal zostały oczyszczone z roślinności i są dostępne dla zwiedzających. Jorge opowiada mi o duchach, które mieszkają w tym miejscu i energii jaka tędy przepływa. Zna po imieniu wszystkie iguany pilnujące ruin. Wśród symboli wyrytych w kamieniu pokazuje mi m.in. lewostronne swastyki. Trzeba przyznać, że jego wiedza jest bardzo szeroka, a odnośnie Majów i Óoxmáal przede wszystkim głęboka, więc choć niektóre tezy Jorge trącą synkretyzmem, spędzam niezwykle przyjemnie i pożytecznie czas w jego towarzystwie. Wreszcie trafiłem na kogoś kto nie rozdziawia ust ze zdumienia po moim pierwszym pytaniu ;)

Jorge opowiada mi również o bieżących problemach społeczności Indian żyjących w Meksyku, pytając mimochodem czy nie wziąłbym aby udziału w insurekcji. Oczywiście kojarzy Polskę z Karolem Wojtyłą, czytał też wywiad z Wałęsą z czasów jego pobytu w Cancun ale wygląda na to, że były prezydent raczej się w nim porysował niż popisał (popisów po naszych „mężach stanu” spodziewać się przecież trudno ale z nielicznymi wyjątkami, jak profesor Bartoszewski, raczej mali ludzie parają się u nas tym zajęciem). Trafiłem kiedyś w Peru na faceta, który Polskę kojarzył z mistrzostwami w Monachium, z nazwiska pamiętał Grzegorza Lato, o Wałęsie nigdy nie słyszał, a o Papieżu Janie Pawle II-gim owszem, tyle że nie miał pojęcia jakiej jest narodowości. Ja zostawiłem Jorgemu dobre wspomnienia po Polakach, jeżeli więc spotkacie go kiedyś błądzącego wśród ruin nie zdziwcie się gdy na hasło POLONIA odpowie Alpha-Divers ;) Każdego dnia pracujemy na swoją narodową markę pośród innych nacji pamiętajcie, więc o tym w czasie swoich pobytów poza granicami Kraju.

Wiele kilometrów i kilka rewizji na wojskowych posterunkach kontrolnych dzieli mnie od Edzny. Militarne elementy mojego ubioru wzbudzają ciekawość ale w sumie skracają formalności. Za każdym razem czuję wprawdzie lekki posmak ryzyka ale nic nie poradzę na to, że lubię czasem pozwiedzać w warunkach, w których cywilne szmaty z podłych materiałów, stylizowane na ubrania trekkingowe nie przetrwałyby kilku dni (najgorszy z „wannabies” jest chyba Diverse który nawet w zwykłych, miejskich warunkach nie daje rady dłużej niż kilka tygodni).

Po drodze znajduję ledwie widoczne ruinki Tacob. Miejscowy Indianin opowiada mi o około czterdziestu nieodrestaurowanych piramidach, niedostępnych dla turystów, bo znajdujących się na prywatnych gruntach. To dobrze, że dla przyszłych pokoleń jeszcze coś zostanie…

Jadę dalej do Edzny. Tam trafiam na prawdziwą bandę aberrantów, śpiewających po hiszpańsku piosenki o oświeceniu. Ich bogiem jest zdaje się K’inich Ajaw, bo jego imię wykrzykują raz po raz, biegając po ruinach. Guru uwija się między kamieniami w białym prześcieradle z „dobrymi” swastykami, kręcącymi się w lewo, a za nim cwałują jego, prezentujące różne typy wagi i urody za to jedną płeć, owieczki. Nie przeszkadza mi to, że ludzie próbują cieszyć się życiem w ten sposób dopóki Moje Dziecko nie będzie chciało razem z nimi zamieszkać ale… co chwile któraś wbiega mi w kadr.

Edzná to jedno z nielicznych miast Majów, które zachowało swą oryginalną nazwę. Podobno oznacza dom Itzów, którzy panowali tu w czasach kolejno hegemoni Chichen Itza i Mayapanu. Większości wiedzy o Majach pozbawił nas biskup da Landa – o zgrozo jeden z pierwszych późniejszych interpretatorów ich spuścizny, często powoływany jako źródło (to pewnie znacznie cięższy przypadek niż nasz kronikarz Jan Długosz i jego „mitologia” Słowian). Pismo Majów zostało wprawdzie częściowo odszyfrowane ale odczytujemy głównie nazwy miejsc, daty i imiona nie rozumiejąc tego co jest pomiędzy nimi, a próbek wyrytych w kamieniu jest naprawdę  niedużo. To trochę tak, jakby po naszej cywilizacji pozostały wyłącznie nieliczne drogowskazy z nazwami miast, ciekawych miejsc i ilością kilometrów. Spróbujcie teraz wyobrazić sobie w jaki sposób ktoś mógłby interpretować takie dane, nie mając pojęcia do czego służyły (załóżmy dla potrzeb ćwiczenia, że wszystkie książki i dyski jakie po nas zostały, poszły z dymem za sprawą jakiegoś kolejnego księcia jakiegoś kolejnego kościoła). Czy jest prawdopodobne, że kolejne pokolenia dowiedzą się, że część drogowskazów służyła nam do odprawiania religijnych ceremonii, bo ich tło było niebieskie? Albo, że inna część miała związek z zasiewami, bo ich tło było zielone, a w naszych czasach na Ziemi była jeszcze roślinność?

Problemy z wymianą pieniędzy coraz bardziej dają znać o sobie. W mniejszych miejscowościach brak jest kantorów, zaś banki nie przyjmują dolarów… W większych okazuje się, że również nie wszystkie, a wszystkie zamykane są dosyć wcześnie. W każdym trzeba mieć z sobą masę dokumentów – ale najgorsze są polecane przez przewodniki Bancomer (dwa poprzednie zdania) i HSBC, który prócz paszportu i wizy żąda np. karty meldunkowej z hotelu i biletu na samolot. Trudna sprawa przy biletach elektronicznych lub kiedy ktoś pruje przez kraj samochodem nie zatrzymując się nigdzie na dłużej. Kiedy już znajdzie się w miarę „normalny” bank, limit dziennej wymiany jest mocno ograniczony, formalności trwają długo, a pieniądze krótko. Świat się  zmienia. Pomyśleć, że jeszcze dwa lata temu można tu było swobodnie płacić dolarami…

Najbliższe większe miasto… Jadę niesamowitą drogą, położoną tuż nad Zatoką BP, mając ciągle po prawej stronie wodę. Woda ma piękny, turkusowy kolor, więc w te rejony ropa jeszcze nie dotarła. Z oddali widzę kilka platform i zastanawiam się czemu ktokolwiek jeszcze tankuje u tych $q&#%$%n@# -  http://www.seashepherd.org/gulf-rescue/

Koncern, który rozmyślnie wyrządza taką szkodę planecie powinien przejść w nadzór syndyku masy upadłościowej w ciągu jednego i tego samego dnia! Za ostatnie pesety przejeżdżam przez Zatokę, niezwykle długim mostem do Ciudad del Carmen na wyspie Isla del Carmen, gdzie w trzecim z kolei banku, dosłownie tuż przed zamknięciem, wreszcie udaje mi się wymienić pieniądze. Z wyspy na kontynent prowadzi jeszcze dłuższy most – Zacatal, na którego końcu jest oczywiście następna bramka… Uff, udało się. Dobrze więc, że mogłem w spokoju podziwiać widoki.

Opuszczam Jukatan i opuszczam stan Chiapas. Na pierwszej lepszej stacji benzynowej „sikawkowy” próbuje mnie przewalić na 200 peso, starając się wmówić, że przed chwilą dałem mu do ręki 20… chingalo bastardo. Następnym razem dwa razy się zastanowi ale wybierajcie usługi Indian jeżeli macie wybór. Koła niosą mnie do następnego zwycięstwa, wspaniałą drogą wzdłuż Zatoki BP.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

DZIEŃ 18 – „Historia stała się legendą, a legenda mitem…” – mgliste ślady po Olmekach w La Venta – 24 IX 2010

Villahermosa – stolica stanu Tabasco, serwuje gigantyczne korki na ulicach, zarówno o 9-tej w nocy jak i o 9-tej rano, jakoś jednak udaje mi się dotrzeć do Parco de la Venta, gdzie zwieziono część olmeckich artefaktów z ograbionej w tej sposób La Venty (największa część znalazła się oczywiście w Ciudad de Mexico – mieście, które zasysa swój kraj niczym imperialna stolica Coruscant z sagi Gwiezdne Wojny, całą swoją planetę). Widać, że urządzono go z sercem ale park to wylęgarnia moskitów, uwięzione tu jaguary nie chcą oglądać turystów (o co trudno mieć przecież pretensje do tych dumnych drapieżników), a potężne olmeckie artefakty, bądź też ich repliki robią wrażenie zdeprecjonowanych i postawionych nie na swoim miejscu. Moskity zwykle dokuczają mi mniej niż ludziom dookoła. Zwykłem śmiać się, że to pewnie z powodu mojej wegetariańskiej diety ale tutaj bynajmniej nie jest mi do śmiechu. Szybko opuszczam park i przebijając się przez koszmarne korki ruszam do prawdziwej La Venty.

Tu oglądam to samo mając świadomość, że to tylko kopie ale kontekst wzgórza kryjącego dawną Wielką Piramidę i otaczającej go roślinności lasów zwrotnikowych pozwala spojrzeć na pozostałości po Olmekach z zupełnie innej perspektywy. Mój ulubiony olmecki mega artefakt to Karzeł. Dobrze mu się przyjrzyjcie. Na szczycie wzgórza – Wielkiej Piramidy znajduję śpiącego człowieka, bezdomnego bądź chroniącego się tu po spożyciu nadmiernych ilości alkoholu. Widok ten przypomina mi opowieści o przepływach energii w miejscach takich jak to, opowieści którymi karmił mnie wczoraj mistyk Jorge. W zadumie rozglądam się po koronach drzew widocznych aż po horyzont ze szczytu piramidy. Wokół krąży masa czarnych sępów, jakby ostatnich strażników tego starożytnego, przedwiecznego miejsca, zapomnianego przez prawie wszystkich za wyjątkiem tego szukającego tu azylu człowieka.

Postanawiam zboczyć z dalszej drogi, by odwiedzić drugie ważne olmeckie siedlisko w San Lorenzo. Dziurawa droga wiedzie obok zakładu Pemexu, swym trapezoidalnym kształtem przypominającego olbrzymią piramidę, a następnie przez kilka miejscowości, których na mapie szukać by próżno. Po jakimś czasie widać, że drogą najwygodniej poruszać się koniom i rogatemu bydłu. W życiu nie zwykłem poddawać się łatwo, jednak kiedy po czterdziestu minutach jazdy koszmarną polną drogą, pośród pastwisk, mokradeł i naderwanych mostów oraz zakazanych meksykańskich miejscowości droga po prostu kończy się w rozlewisku wymiękam widząc, że mój samochód po prostu temu nie podoła. Słońce chyli się ku upadkowi – wściekły wracam kolejne czterdzieści minut do głównej drogi zastanawiając się czy nie zabładzę aby pośród pastwisk i rozgałęziających się między nimi dróg.

Wiem, że w Veracruz sporo pada ostatnio. Przepowiednie pogody straszą huraganem, powodziami i lawinami spływającego z gór błota. Wiem, że na mojej trasie może to oznaczać zerwane drogi itp., jednak mam zamiar trzymać się planu i dotrzeć do ruin El Tajin drogą nad Zatoką British Petroleum. Kiedy zapada zmrok, a droga wzbija się krętymi serpentynami w górę Sierra de los Tuxtlas, w kierunku wulkanu St. Martin, rzeczywiście zrywa się mocny deszcz i naprawdę muszę zwolnić. Dla bezpieczeństwa dołączam do kawalkady samochodów, bo w tych warunkach nie widzę za szybą nic oprócz świateł pick-upa jadącego przede mną. A przecież jadę przez góry…

W wersji optymistycznej miałem dotrzeć do Santiago Tuxtla – pierwszego miasta za St. Andres Tuxtlą, w pesymistycznej do Catemaco – ostatniego miasta przed. Po  naprawdę długich i ciężkich cierpieniach docieram wreszcie do Catemaco, miejscowości położonej w kotlinie nad jeziorem o tej samej nazwie. Mam dość, nieopatrznie wybieram więc pierwszy lepszy motel położony w kotlinie nad jeziorem. W powietrzu roi się od moskitów, te na szczęście są małe i jeszcze nie gryzą ale tysiącami wciskają się wszędzie, nawet do motelowego pokoju. Ulewa nie ustaje, zamykając oczy zastanawiam się czy nie obudzi mnie woda. Pada coraz mocniej…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

DZIEŃ 19 – Ulewy w Veracruz, droga wzdłuż Zatoki BP (Banditish Petroleum) – 25 IX 2010

Wściekła ulewa dudni przez całą noc. Pamiętając położenie hotelu tuż nad jeziorem, do którego biegła droga w dół zastanawiam się czy warto zdejmować ubranie ale mój kresowy stoicyzm zwycięża – zapłaciłem za łóżko po to by się wygodnie w nim wyspać przed dalszą podróżą, a nie żeby czekać aż jezioro wystąpi z brzegów i porwie mojego Dodge’a. Zrywam się skoro świt, pod hotelem czeka na mnie umyty do czysta samochód. Nie wierzę aby ulewa mogła aż w ten sposób, więc czujnie rozglądam się wokół. Dostrzegam grupę wyrostków, cóż… lepiej umyty niż ukradziony – zarobili swoje.

Tuż za hotelem natykam się na stertę tarasujących przejazd kamieni i pryzm ziemi, które spłynęły tu wraz z ulewą w nocy. Jadąc ostrożnie dalej przez pełne stromizn miasto dostrzegam, że niektóre drogi, w ciągu tej jednej nocy przestały po prostu istnieć. Na trasie do St. Andres Tuxtla pełno jest zawałów i ekip próbujących naprawić szkody – zapowiada się długi dzień. Około południa docieram do Veracruz. Duże portowe miasto robi na mnie bardzo dobre wrażenie. Jest i polski akcent – ulica Jana Pawła II-go. Zatrzymuję się by odwiedzić słynne akwarium i kupić kilka pamiątek bliskim. Akwarium to właściwie duży kompleks edukacyjny – jest doskonale urządzone, a główny zbiornik ma kształt pierścienia żeby ryby nie czuły się jak na spacerniaku. Pływają tu potężne okazy ostroboków, tarponów, gigantyczne graniki, raja i ze dwa rekiny wąsate, jest też barakuda i oczywiście sporo mniejszej ryby. W akwarium „dla ostrzaków” stado żarłaczy brunatnych oraz rekin tygrysi, również w towarzystwie tuńczykowatych. Tęsknię za nurkowaniem na rafie…

Na kolejny postój staję na Costa Esmeralda. Znajduję niepozorny lokal tuż przy plaży, gdzie widząc palmy próbuję zamówić bukko. Właściciel sprawnie obrabia kokosa maczetą serwując mi świeży sok. Do Tajin docieram tuż przed zamknięciem ale na wizytę wśród tych ruin postanawiam przeznaczyć znacznie więcej czasu. Pokładam nadzieję, że będą tego warte. Znajduję miejsce w starym kolonialnym hotelu nieopodal i spędzam wieczór na werandzie, z książką o bohaterskich wyczynach i owianym tajemnicą zniknięciu pułkownika Percivala Fawcetta.

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

DZIEŃ 20 – Tajin, kolejna zagadka archeologii i kolejny rajd przez góry – 26 IX 2010

El Tajín to miasto o unikalnej architekturze, poza tym miejscem znanej jedynie z trudno dostępnego stanowiska archeologicznego w Yohualichán. Jest gęsto upakowane budowlami o elewacjach usianych charakterystycznymi niszami. Najsłynniejsza jest tzw. Piramida Nisz – ziggurat, który posiada ich 365. Nie wiadomo kim byli założyciele tego starożytnego, równoległego do czasu Olmeków, miasta ale jako ostatnie należało do Totonaków. Jest bardzo dobrze zachowane. Na wielu budynkach pozostały ślady stiuku, a w kilku miejscach nawet oryginalnej polichromii. Uliczki między piramidami wydają się niezwykle wąskie. Jest tu kilkanaście boisk do peloty ze wspaniałymi płaskorzeźbami, wśród nich również wyobrażenia boga uważanego za totonacką wersję Quetzalcoatla. Miasto jest kompletnie puste dzięki temu, że jestem pierwszym zwiedzającym.

Apogeum totonackiej potęgi miasto, którego oryginalna nazwa rozpłynęła się w mrokach dziejów, osiągnęło za rządów władcy zwącego się dumnie 13 Królik. W większości polskich przewodników, imię tej postaci tłumaczone jest przez, najwyraźniej fanów opowieści o podłych Komanczach i walecznych Apaczach, jako „Trzynaście Królików” (że niby waleczny wódz zdławił tyle własnoręcznie? ;) . Ja również czytywałem Maya ale zdaję sobie sprawę, że wykreowany przez niego świat daleki był od prawdy. Przez kilka godzin spaceruję między budynkami, aż wreszcie napływ odwiedzających wypycha mnie na zewnątrz. Jem śniadanie w małej indiańskiej knajpce i ruszam w dalszą drogę.

Główna droga do Poza Rica, a tak przynajmniej zaznaczona jest na mapie, na przestrzeni kilkunastu kilometrów ma zwinięty asfalt aż po same rogatki miasta. Niestety muszę przejechać tamtędy kierując się w stronę Tlaxcali. Na mapie dystans nie wydaje się odległy ale przywykłem już, żeby mapę Meksyku czytać trójwymiarowo i nie mam wątpliwości, że do celu dotrę w najlepszym wypadku późnym wieczorem.

W tej części Meksyku nie widuję już policyjnych czy wojskowych posterunków kontrolnych. Mijam granicę stanów Hidalgo i Puebli – tu droga jest niemniej tragiczna, od czasu do czasu zupełnie zanikając w błocie i dołach. Trasa ponownie wiedzie mnie przez góry, serią wąskich serpentyn konsekwentnie tarasowanych przez przeciążone do granic możliwości ciężarówki, poruszające się z prędkością 20 km/h na czele korowodów wściekłych samochodów osobowych, nie mających możliwości wyprzedzenia zawalidrogi często nawet przez kilkadziesiąt minut.

Górskie drogi Meksyku są wspaniale wyprofilowane ale do jazdy z normalna prędkością. Kiedy stoję na zakręcie o kącie nachylenia jezdni ponad 30 stopni, zastanawiam się czy niewłaściwy ruch wewnątrz samochodu nie spowoduje wywrotki i długich koziołków w dół stoku, może wzbogaconych jakimś spektakularnym wybuchem. Serpentyny wznoszą się w chmurach i ponad poziomem chmur. Daje to niesamowite widoki ale utrudnia jazdę. Do tego od czasu do czasu oczywiście pada deszcz. Ponownie przekraczam granicę stanów, opuszczając Pueblę i wjeżdżając do Tlaxcali. W okolicach Tlaxco nawierzchnia znacznie się polepsza, a droga staje się równa, to dobrze, bo zachodzi już Słońce i dalszą trasę będę musiał pokonać po ciemku.

Do samej Tlaxcali docieram około dwudziestej, znacznie szybciej aniżeli się spodziewałem (miałem plan awaryjny nocowania gdziekolwiek po drodze jeżeli warunki jazdy znacznie się pogorszą, jak w wypadku St. Andres Tuxtli). Sympatyczne kolonialne miasto, którego mieszkańcy są niezwykle przyjaźni dla obcych o czym przekonał się już Hernan Cortez podczas marszu na Tenochtitlan, jak również po ucieczce stamtąd. Kojarzy mi się to z paryską gościnnością podczas II-giej Wojny Światowej ale otwartości Tlaxcalan doświadczam na własnej skórze, kiedy zapytany o drogę muchacho bez wahania wsiada w swoje auto by pokazać mi drogę przez miasto do samego hotelu. Doprawdy zdumiewające! Do hotelu, który jeden z przewodników reklamuje jako położony niedaleko głównej plaży, z pewnością sam bym nie trafił w tym wypadku muszę więc stanowczo zgodzić się z Cortezem (najbliższa plaża jest dobre kilkaset kilometrów stąd ale na szczęście mam pojęcie, że jestem w środku kontynentu, a dzięki minimalnej znajomości języków wiem też skąd wzięło się podobne przejęzyczenie ;) .

Ponieważ do celu dotarłem półtorej godziny wcześniej niż średni czas zakładany wybieram się na spacer. Nie uwierzycie ale jest zimno… Centralny plac sprawia po nocy sprawia wrażenie dobrze utrzymanego parku. Wszędzie pełno jest jeszcze ozdób upamiętniających dwustulecie Meksyku. Wokół placu kilka kolonialnych budynków, kościół i Pałac Gubernatora. Należę do ludzi, których bardziej niepokoi gdy wszystko idzie dobrze niż kiedy przydarzają się problemy do rozwiązania, najczęściej z długiej listy ryzyk jaką wcześniej sobie przygotowali. W trakcie spaceru układam więc listę ryzyk na kolejny dzień z gigantycznymi korkami po drodze do Meksyku i huraganem włącznie. To mnie uspokaja…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

DZIEŃ 21 – Gwiezdne Wojny w Cacaxtli, powrót do „Coruscant” – 27 IX 2010

W nocy budzi mnie dźwięk dzwonu. Nie znam tutejszych zwyczajów ale nie wygląda na alarm huraganowy, mimo to zrywam się na nogi. Za 14 godzin lot – pakuję się, więc już „na samolot” z nostalgią wspominając czasy kiedy przy lotach przez Ocean standardem było 2 x 23 kg (jeśli ktoś wozi sprzęt do nurkowania przy obecnych limitach wagowych przewoźników rozumie co to znaczy ;) Zanim skieruję się ku mrowisku Ciudad de Mexico mam w planach jeszcze odwiedzenie Cacaxtli i Xochitecatl – ostatni dzień wyprawy zasługuje na coś szczególnego.

Pada… Odnalezienie właściwego kierunku pośród wąskich uliczek Tlaxcali nie należy do łatwych ale w ten sam sposób upłynęły mi przecież dwa z pośród trzech ostatnich tygodni, zobojętniałem więc na niespójne oznaczenia dróg i przywykłem do jazdy „na nosa”. Od czasu do czasu łapię języka i tak udało mi się zrobić przecież prawie 5 000 km w ciągu 13-tu dni jazdy przez nieznany kraj. W końcu dojeżdżam choć inną drogą niż myślałem ale wydana w zaledwie ubiegłym roku mapa zdążyła się już najwyraźniej zdezaktualizować.

Cały czas lekko kropi, a w Cacaxtli spotykam wyłącznie strażników, którzy bez Pani Kasjerki nie mogą wpuścić mnie na teren ruin. Jestem zły, bo przecież już za 12-cie godzin mam samolot, a dystans do lotniska w Ciudad de Mexico, choć niewielki w kilometrach, jest zapewne dość odległy w godzinach powolnej jazdy. W końcu Pani Kasjerka zjawia się i mogę wreszcie dobrać się do sensacyjnych malowideł.

Cacaxtla skrywa jeden z najcenniejszych śladów po cywilizacjach prekolumbijskich. Ruiny odkopane zostały relatywnie niedawno – zaledwie 35 lat temu informacja o nich wyciekła od rabusi grobów, dlatego w omal doskonałym stanie zachowały się tu barwne polichromie obrazujące bitwę pomiędzy dwoma gatunkami wojowników: Zakonem Orła i Zakonem Jaguara. Zwiedzanie zaczynam od muzeum, w którym polichromie przedstawione zostały w skali 1:1, długo wpatruję się w elementy ekwipunku starając się zrozumieć pochodzenie i dywersyfikację wojowników w całej chyba Mezoameryce na takie akurat dwa rodzaje. Pierwsze Słońce, mityczna najstarsza era w mezoamerykańskich mitologiach osiągnęła kres kiedy Świat zniszczony został przez Jaguary, czy to tak bardzo zainspirowało mezoamerykańskich wojowników ery piątej?

Ruiny Cacaxtlii znajdują się obecnie w fazie intensywnej budowy. To nie żart – cały teren przykryty jest potężną konstrukcją z metalowym dachem i odprowadzeniem wody, liczne ekipy remontowe „rekonstruują” ściany niegdysiejszej stolicy Olmeków-Xicalanca. Za kilka lat powstanie tu pewnie głośne centrum turystyczno-rozrywkowe. Być może odbywać się tu będą regularne święta osadzone w mistyczno-turystycznym kalendarzu podobnie jak obecnie Fiesta del Sol w Chichen Itza, podczas wiosennych i jesiennych equinoxów. Po dobudowanych do zewnętrznej ściany drewnianych schodkach przedostaję się na górę, tam schody przeobrażają się w chodnik prowadzący ponad wykopaliskami. Ciekawe rozwiązanie. Z wierzchu, ruiny w trakcie budowy przypominają trochę poligon do paintballa. W niektórych transzejach widoczne są wspaniałe freski, Battle Mural – najważniejszy z nich skryty jest niestety za szklaną ścianą odseparowaną barierką, co uniemożliwia ich fotografowanie. Jest mokro i wieje bardzo zimny wiatr. Wokół głównego kompleksu rozrzucone było jakieś pięć mniejszych piramid ale tylko jedna z nich została odkopana.

Wracam do samochodu podziwiając potężne opuncje z popękanymi zdrewniałymi pniami. Xochitecatl znajduje się na szczycie wygasłego wulkanu, zaledwie kilka kilometrów dalej. Zupełnie nieosłonięte przed deszczem. W zimnych strugach wspinam się na górę, by zobaczyć kilka niezwykłych wręcz rzeczy. U podnóża tzw. Piramidy Kwiatów (xochitecatl to w nahuatl coś na kształt kwietnego dziedzictwa) napotykam dwie potężne kamienne misy o średnicy około dwóch metrów, na szczycie schodów widać ustawiony na wierzchu piramidy trzyczęściowy, kamienny portal, przypominający dolmeny ze Stonehenge. Ze szczytu piramidy widać rozległą dolinę dookoła oraz znane mi już wulkany Popocatepetl i Iztaccihuatl w paśmie Sierra Nevada – zatoczyłem potężne koło, a teraz zbliżam się do jego zamknięcia. Ponoć co roku, 29-go września widać stąd Słońce wschodzące równo ponad szczytem innego jeszcze wulkanu – La Malinche (to „tylko” za dwa dni :( )

Xochitecatl to preklasyczne miejsce kultu, które opustoszało w drugim stuleciu naszej ery, po wybuchu wulkanu Popocatepetl, a powróciło do łask w jakieś pół tysiąca lat później, prawdopodobnie w skutek rozkwitu widniejącej na sąsiednim wzgórzu Cacaxtli, mniej więcej w okolicach upadku Teōtīhuacān. Jako miejsce lokalnych kultów służy zresztą do dziś. Niespotykanego raczej kształtu Piramida Spiralna służyła prawdopodobnie Etécatlowi, dziś na jej szczycie stoi krzyż, a okoliczna ludność nadal odprawia sobie wiadome, synkretyczne obrzędy. Piramida Kwiatów służyła podobno zmiennokształtnej Xochitl, której bóstwo przetrwało w lokalnie nadawanych, niewinnie brzmiących żeńskich imionach (w nahuatl xochitl to kwiat). Jeśli tak, to kult kwietnej kobiety-węża nie pozbawiony był kolców, najwyraźniej składano tu bowiem ofiary z dzieci. 

Rozrzucam szeroko ręce podnosząc oczy ku niebu. Chłonę zimne powietrze i deszcz. Doskonały finał trzynastu dni rekonesansu po mezoamerykańskich ruinach. Ostatnie trzy tygodnie przeleciały mi przez zmysły błyskawicznie niczym teledysk black metalowego zespołu, z którego zapamiętałem tylko widok szarpanych strun i kilka skowytów do diabła. Stojąc na szczycie piramidy Xochitecatl, strugach lejącej się wody uświadamiam sobie, że wspomnienia ostatnich tygodni zapisały się dobrze w mojej pamięci podręcznej, a teraz czas na „przewinięcie taśmy” i solidne zmagazynowanie ich w pamięci trwałej. Przypominam sobie o domu, o którym nie myślałem przez majański miesiąc (równe 20 dni w kalendarzu solarnym) i wygodnym fotelu w bibliotece. Pora wracać.

Droga do Meksyku wiedzie mnie tuż pod szczytem ponad czterokilometrowej góry Tlaloc – Tlalocatepetl, która była jednym z najważniejszych azteckich miejsc kultu Boga Deszczu o oczach androida (odpowiedzialnego za zniszczenie trzeciej ery w dziejach). Około 13-tej wjeżdżam do megalopolis. Mam 8 godzin do wylotu. Tu nie da się już rozpoznać gdzie kończy się jedno miasto, a zaczyna drugie. Na poboczach jak okiem sięgnąć stoją ludzie czekając na mikrobusy, jeden za drugim zatrzymujące się aby zabrać pasażera i we wtórze klaksonów wolno powlec się dalej, przeciskając się kilkupasmową jezdnią zmierzającą do nikąd wraz z milionami aut.

„Na rogatkach” próbują mnie zatrzymać widząc rejestrację z Quintana Roo. ale uciekam im nie chcąc tracić czasu i pieniędzy, podobnie jak i drugiemu posterunkowi – pościg autem w tych warunkach nie miałby przecież sensu. Niestety nie doceniam sprytu wyposażonych w radio policjantów i „trzeciemu szeregowi” musze się już tłumaczyć łamanym spanglish, równocześnie dumając jak tu wybrnąć z przerypanej sytuacji. Nagle aniołka stróżka (jestem zatwardziałym hetero) wręcz wkłada mi do ręki wszystkie niezbędne papiery. Jestem prawie pewien, że nigdy wcześniej nie widziałem ich na oczy ale w tej chwili to nieistotne. Jestem uratowany. Policjant ściska mi dłoń odprowadzając do auta i życzy miłego lotu (do którego zostało mi niecałe 7 godzin).

Po jakimś czasie wkraczam w kolejny krąg – chyba już na obrzeża właściwego miasta, gdzie pojawiają się kilkupiętrowe wiadukty „mechacące się” łukami również wielopoziomowych estakad. Dzięki dobremu wyczuciu kierunku (kiedy traktuję miasto jak las, nie mam w nim problemów ;) i chwytaniu języka udaje mi się w ciągu kolejnej godziny dokonać tego na co zaplanowałem sobie margines co najmniej kolejnych czterech: docieram na lotnisko. Teraz kilkanaście minut kręcenia dookoła by odnaleźć wypożyczalnię i pół godziny na formalności zdawczo-odbiorcze. Czuję się jedną nogą w domu.

Kiedy boeing startuje, a przez okienko samolotu wszędzie jak okiem sięgnąć skrzą się miliony świateł powraca tamto pierwsze wrażenie – Coruscant, miasto które ogarnęło całą planetę, nie mając końca ni początku, sensu ani potrzeby jego usprawiedliwiania – Mexico City…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

DZIEŃ 22 – Pewnego razu w Meksyku… EPILOG – 28 IX2010

Popocatépetl, Iztaccihuatl… Teotihuacan, Tula, Monte Alban, Palenque, Kohunlich, Muyil, Tulum, Ek Balam, Chichen Itza, Labna, Xlapak, Sayil, Kabah, Uxmal, Tacob, Edzna, La Venta, El Tajin, Cacaxtla i Xochitecatl. Dwa wulkany i DWADZIEŚCIA MIAST STAROŻYTNEJ MEZOAMERYKI w ciągu 21 dni, 4868 kilometrów przejechanych meksykańskimi traktami w ciągu 13-tu z nich. Tak rodzą się dobre imprezy…

O ile nie planuję rychłego powrotu w okolice Ciudad de Mexico, a doświadczywszy oddechu i monstrualnych rozmiarów „Smoga”, współczuję tym, którzy dają się tam wyciągać „na wypoczynek”, na pewno wrócę do Monte Alban i przyjrzę się jeszcze bliżej niesamowitemu południu. Yagul, Mitla… jest jeszcze tyle do obejrzenia i zapamiętania! Jako odpowiedzialny organizator wypraw ryzykuję sam: swoim czasem i swoimi pieniędzmi, a przyjaciół zapraszam tam gdzie już byłem i wiem, że będą się dobrze bawić i dobrze spędzą swój czas. To dlatego po wspólnych wyjazdach stają się właśnie przyjaciółmi.

Przemek, gdzieś nad Atlantykiem, 28/09/2010

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj