Skoro świt wyruszam w ruiny przewspaniałego Uxmal, w towarzystwie Jorge – miejscowego mistyka chodzącego pomiędzy ruinami od 40-tu lat. Jorge jest Majem, pochodzącym z typowej, wielodzietnej, ubogiej, indiańskiej rodziny. W dzieciństwie marzył o karierze torreadora, jednak jego ciekawość świata i potrzeba rozwoju osobowego zaprowadziła go na ścieżkę tajemnic. Jego opowieści o Majach i Óoxmáal to masa interesujących faktów i jeszcze większa masa eklektycznych, często dość luźno powiązanych interpretacji. Pokazuje mi wiele ciekawych szczegółów, które pewnie uszłyby mojej uwagi nawet przy bardziej dokładnych oględzinach ruin.
Uxmal, które na krótki okres zjednoczyło pod swoim berłem cały region Puuc, to prawdziwe arcydzieło architektury Puuc. Starannie zaplanowane ułożenie i konstrukcja budynków wokół tzw. Dziedzińca Mniszek odzwierciedla spojrzenie Majów na ich kosmologię: położenie budynków okalających plac na trzech poziomach, 9 poziomów podziemi ilustrowanych przez wejścia do budynku położonego najniżej i 13 poziomów nieba ilustrowanych przez wejścia do budynku położonego najwyżej, w centrum placu stała kolumna reprezentująca Drzewo Świata – axis mundi łączącą wszystkie trzy poziomy, centralne przejście w budynku reprezentującym podziemia prowadzi wprost na boisko peloty, która zdaniem wielu badaczy stanowiła przejście do świata podziemi, będąc szczególnego rodzaju spektaklem życia i śmierci.
W odróżnieniu od innych miast, gdzie podobne zabiegi poświęcano equinoxom, fenomen światła i cienia, zaobserwowany na tzw. Gołębniku odpowiada tu początkowi astronomicznej zimy. Domniemany pałac króla Chaaka, zwany Pałacem Gubernatora, przyozdobiony jest podobizną króla oraz 180-ma maskami boga Chaaca – dokładnie tyloma ile dni wschód i zachód Słońca przesuwają się po horyzoncie w jednym kierunku (pomnóżcie to przez dwa i macie długość haab’ – majańskiego roku solarnego). Są tu obecne oczywiście również fenomeny akustyczne: przy Piramidzie Karła zwanej również Piramidą Wieszczki lub Piramidą Maga (w polskich przewodnikach dość niefortunnie tłumaczonej jako Piramida Wróżbity – legenda o wybudowaniu piramidy w ciągu jednej nocy przy pomocy magii, mówi o wykorzystaniu do tego celu karła, będącego synem wiedźmy), oraz przy wspomnianym powyżej centralnym przejściu z głównego dziedzińca na boisko do peloty, w wyjątkowy sposób wzmacniającym głos znajdującej się tam osoby.
Nie wszystkie piramidy w Uxmal zostały oczyszczone z roślinności i są dostępne dla zwiedzających. Jorge opowiada mi o duchach, które mieszkają w tym miejscu i energii jaka tędy przepływa. Zna po imieniu wszystkie iguany pilnujące ruin. Wśród symboli wyrytych w kamieniu pokazuje mi m.in. lewostronne swastyki. Trzeba przyznać, że jego wiedza jest bardzo szeroka, a odnośnie Majów i Óoxmáal przede wszystkim głęboka, więc choć niektóre tezy Jorge trącą synkretyzmem, spędzam niezwykle przyjemnie i pożytecznie czas w jego towarzystwie. Wreszcie trafiłem na kogoś kto nie rozdziawia ust ze zdumienia po moim pierwszym pytaniu
Jorge opowiada mi również o bieżących problemach społeczności Indian żyjących w Meksyku, pytając mimochodem czy nie wziąłbym aby udziału w insurekcji. Oczywiście kojarzy Polskę z Karolem Wojtyłą, czytał też wywiad z Wałęsą z czasów jego pobytu w Cancun ale wygląda na to, że były prezydent raczej się w nim porysował niż popisał (popisów po naszych „mężach stanu” spodziewać się przecież trudno ale z nielicznymi wyjątkami, jak profesor Bartoszewski, raczej mali ludzie parają się u nas tym zajęciem). Trafiłem kiedyś w Peru na faceta, który Polskę kojarzył z mistrzostwami w Monachium, z nazwiska pamiętał Grzegorza Lato, o Wałęsie nigdy nie słyszał, a o Papieżu Janie Pawle II-gim owszem, tyle że nie miał pojęcia jakiej jest narodowości. Ja zostawiłem Jorgemu dobre wspomnienia po Polakach, jeżeli więc spotkacie go kiedyś błądzącego wśród ruin nie zdziwcie się gdy na hasło POLONIA odpowie Alpha-Divers
Każdego dnia pracujemy na swoją narodową markę pośród innych nacji pamiętajcie, więc o tym w czasie swoich pobytów poza granicami Kraju.
Wiele kilometrów i kilka rewizji na wojskowych posterunkach kontrolnych dzieli mnie od Edzny. Militarne elementy mojego ubioru wzbudzają ciekawość ale w sumie skracają formalności. Za każdym razem czuję wprawdzie lekki posmak ryzyka ale nic nie poradzę na to, że lubię czasem pozwiedzać w warunkach, w których cywilne szmaty z podłych materiałów, stylizowane na ubrania trekkingowe nie przetrwałyby kilku dni (najgorszy z „wannabies” jest chyba Diverse który nawet w zwykłych, miejskich warunkach nie daje rady dłużej niż kilka tygodni).
Po drodze znajduję ledwie widoczne ruinki Tacob. Miejscowy Indianin opowiada mi o około czterdziestu nieodrestaurowanych piramidach, niedostępnych dla turystów, bo znajdujących się na prywatnych gruntach. To dobrze, że dla przyszłych pokoleń jeszcze coś zostanie…
Jadę dalej do Edzny. Tam trafiam na prawdziwą bandę aberrantów, śpiewających po hiszpańsku piosenki o oświeceniu. Ich bogiem jest zdaje się K’inich Ajaw, bo jego imię wykrzykują raz po raz, biegając po ruinach. Guru uwija się między kamieniami w białym prześcieradle z „dobrymi” swastykami, kręcącymi się w lewo, a za nim cwałują jego, prezentujące różne typy wagi i urody za to jedną płeć, owieczki. Nie przeszkadza mi to, że ludzie próbują cieszyć się życiem w ten sposób dopóki Moje Dziecko nie będzie chciało razem z nimi zamieszkać ale… co chwile któraś wbiega mi w kadr.
Edzná to jedno z nielicznych miast Majów, które zachowało swą oryginalną nazwę. Podobno oznacza dom Itzów, którzy panowali tu w czasach kolejno hegemoni Chichen Itza i Mayapanu. Większości wiedzy o Majach pozbawił nas biskup da Landa – o zgrozo jeden z pierwszych późniejszych interpretatorów ich spuścizny, często powoływany jako źródło (to pewnie znacznie cięższy przypadek niż nasz kronikarz Jan Długosz i jego „mitologia” Słowian). Pismo Majów zostało wprawdzie częściowo odszyfrowane ale odczytujemy głównie nazwy miejsc, daty i imiona nie rozumiejąc tego co jest pomiędzy nimi, a próbek wyrytych w kamieniu jest naprawdę niedużo. To trochę tak, jakby po naszej cywilizacji pozostały wyłącznie nieliczne drogowskazy z nazwami miast, ciekawych miejsc i ilością kilometrów. Spróbujcie teraz wyobrazić sobie w jaki sposób ktoś mógłby interpretować takie dane, nie mając pojęcia do czego służyły (załóżmy dla potrzeb ćwiczenia, że wszystkie książki i dyski jakie po nas zostały, poszły z dymem za sprawą jakiegoś kolejnego księcia jakiegoś kolejnego kościoła). Czy jest prawdopodobne, że kolejne pokolenia dowiedzą się, że część drogowskazów służyła nam do odprawiania religijnych ceremonii, bo ich tło było niebieskie? Albo, że inna część miała związek z zasiewami, bo ich tło było zielone, a w naszych czasach na Ziemi była jeszcze roślinność?
Problemy z wymianą pieniędzy coraz bardziej dają znać o sobie. W mniejszych miejscowościach brak jest kantorów, zaś banki nie przyjmują dolarów… W większych okazuje się, że również nie wszystkie, a wszystkie zamykane są dosyć wcześnie. W każdym trzeba mieć z sobą masę dokumentów – ale najgorsze są polecane przez przewodniki Bancomer (dwa poprzednie zdania) i HSBC, który prócz paszportu i wizy żąda np. karty meldunkowej z hotelu i biletu na samolot. Trudna sprawa przy biletach elektronicznych lub kiedy ktoś pruje przez kraj samochodem nie zatrzymując się nigdzie na dłużej. Kiedy już znajdzie się w miarę „normalny” bank, limit dziennej wymiany jest mocno ograniczony, formalności trwają długo, a pieniądze krótko. Świat się zmienia. Pomyśleć, że jeszcze dwa lata temu można tu było swobodnie płacić dolarami…
Najbliższe większe miasto… Jadę niesamowitą drogą, położoną tuż nad Zatoką BP, mając ciągle po prawej stronie wodę. Woda ma piękny, turkusowy kolor, więc w te rejony ropa jeszcze nie dotarła. Z oddali widzę kilka platform i zastanawiam się czemu ktokolwiek jeszcze tankuje u tych $q&#%$%n@# - http://www.seashepherd.org/gulf-rescue/
Koncern, który rozmyślnie wyrządza taką szkodę planecie powinien przejść w nadzór syndyku masy upadłościowej w ciągu jednego i tego samego dnia! Za ostatnie pesety przejeżdżam przez Zatokę, niezwykle długim mostem do Ciudad del Carmen na wyspie Isla del Carmen, gdzie w trzecim z kolei banku, dosłownie tuż przed zamknięciem, wreszcie udaje mi się wymienić pieniądze. Z wyspy na kontynent prowadzi jeszcze dłuższy most – Zacatal, na którego końcu jest oczywiście następna bramka… Uff, udało się. Dobrze więc, że mogłem w spokoju podziwiać widoki.
Opuszczam Jukatan i opuszczam stan Chiapas. Na pierwszej lepszej stacji benzynowej „sikawkowy” próbuje mnie przewalić na 200 peso, starając się wmówić, że przed chwilą dałem mu do ręki 20… chingalo bastardo. Następnym razem dwa razy się zastanowi ale wybierajcie usługi Indian jeżeli macie wybór. Koła niosą mnie do następnego zwycięstwa, wspaniałą drogą wzdłuż Zatoki BP.