DZIEŃ 1 – Ciudad de México… – 07 IX 2010

 

Podczas lotu przez Ocean z żalem wspominam jakość i obsługę w samolotach „Luftwaffe”. Francuzi niestety latają, tak jak jeżdżą, a jeżdżą tak jak prowadzą interesy – we wszystkim czegoś im brak. Tylko Rokita pewnie wciąż myślałby inaczej ale jego miejsce jest już na szczęście w cieniu paranoidalnej małżonki (nawiasem mówiąc, wyciągnięcie na świat tej pani uważam za najbardziej udany polityczny pogrzeb ostatniego stulecia, numer przy którym chowają się afery rozporkowe czy dziadkowie w Wehrmachcie – widać szaleńcom też się czasem coś genialnego udaje, a może właśnie tylko im, skoro zwykle działają tak jakby nie mieli zupełnie nic do stracenia). To tyle o moich politycznych antypatiach (nie lubię wszystkich, głosuję na Korwina, później na mniejsze zło itd. do znudzenia) przy okazji latania.

W Ciudad de México żadnych większych niespodzianek. Kwity z deklaracjami celnymi na pokładzie francuskiego samolotu oczywiście tylko w języku hiszpańskim, ale radzę już sobie na tyle żeby dać im radę i nawet nie mam żalu do przewoźnika, bo takie drobne złośliwości to przecież nic w porównaniu z klawiaturą AZERTY (zrozumiecie w czym rzecz jak jedyny komputer, z którego będziecie musieli skorzystać będzie miał właśnie taką ;). Po przejściu stanowisk służb emigracyjnych, przyjezdni podchodzą do urządzeń, losujących kandydatów na szczegółową rewizję – iście meksykańskie poczucie humoru. Tym razem rozkład sięga 50% ale nikogo nie dziwi sprzęt nurkowy (szkoda, bo czasem lubię się chwalić, a wiozę przecież na testy potężną latarkę Ammonite System – nowego asa w rękawie polskiego przemysłu nurkowego :).

Przy pierwszej próbie płatności kartą kredytową oczywiście transakcja odrzucona, ale nawet na moment nie podnosi mi to ciśnienia. Od razu dzwonię do banku, który każdą próbę obciążenia konta z Meksyku traktuje jako włam – drobne niuanse, które warto znać przy podróżowaniu. Skrzynia biegów z automatem nie sprawia większego problemu. Za to prawdziwym wyzwaniem okazuje się wyjazd po nocy z największego miasta w Ameryce Północnej. Oznakowane drogi znikają i pojawiają się znienacka niczym cieki na pustyni, miejscowi wszystko tak prosto tłumaczą, żywo gestykulując dłońmi zupełnie jakby zawiązywali supeł… W smogu nie widać gwiazd, podobno pod tym względem Mexico City przoduje na świecie, dlatego czym prędzej chciałem opuścić tą wątpliwej jakości atrakcję turystyczną. Mijamy rozległe dzielnice erotyczno-przemysłowe, gdzie w przemysłowo-apokaliptyczny krajobraz, co chwilę wpasowuje się jakiś nocny klub, na zmianę z otwartym 24h warsztatem samochodowym. Zarówno tłumnie „pilnującym warsztatów” chłopakom jak i kręcącym biodrami dziewczynom oczy święcą się w ciemnościach, niczym podchodzącym do ogniska na sawannie hienom. Wreszcie harcerskie wyczucie kierunku w połączeniu z moim prymitywnym hiszpańskim pozwalają odnaleźć docelową drogę, która pomimo wszelkich wcześniejszych zapewnień, okazuje się płatna na swym końcowym odcinku. Jest zdrowo po północy, pan na bramce nie przyjmuje dolarów, a ja oczywiście nie wymieniłem waluty po złodziejskich stawkach na lotnisku. W takich chwilach doceniam te garstki drobniaków, zalegających słoiki w kuchni po kolejnych wyprawach i instynkt, który, kiedy działam w pośpiechu, nakazuje mi upychać po kieszeniach wszystko co może okazać się potrzebne… Przed pierwszą w nocy docieram wreszcie do przyjemnego kolonialnego hotelu w Zona Arqueológica de Teotihuacan.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Meksyk, Podroze, Travels i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *