DZIEŃ 21 – Gwiezdne Wojny w Cacaxtla, mroczne zagadki Xochitecatl i powrót do „Coruscant” – 27 IX 2010

 

Meksyk. W nocy budzi mnie dźwięk dzwonu. Nie znam tutejszych zwyczajów, ale nie wygląda na alarm huraganowy, mimo to zrywam się na nogi. Za 14 godzin lot – pakuję się, więc już „na samolot”, z nostalgią wspominając czasy kiedy przy lotach przez Ocean standardem było 2 x 23 kg (jeśli ktoś wozi sprzęt do nurkowania przy obecnych limitach wagowych przewoźników rozumie co to znaczy ;)). Zanim skieruję się ku mrowisku Ciudad de Mexico, mam w planach jeszcze odwiedzenie ruin w Cacaxtla i Xochitecatl – ostatni dzień wyprawy zasługuje na coś szczególnego.

Pada… Odnalezienie właściwego kierunku pośród wąskich uliczek Tlaxcala nie należy do łatwych, ale w ten sam sposób upłynęły mi przecież dwa z pośród trzech ostatnich tygodni, zobojętniałem więc na niespójne oznaczenia dróg i przywykłem do jazdy „na nosa”. Od czasu do czasu łapię języka i tak udało mi się zrobić przecież prawie 5 000 km w ciągu 13-tu dni jazdy przez nieznany kraj. W końcu dojeżdżam, choć inną drogą niż myślałem, ale wydana w zaledwie ubiegłym roku mapa zdążyła się już najwyraźniej zdezaktualizować.

Cały czas lekko kropi, a w Cacaxtla spotykam wyłącznie strażników, którzy bez Pani Kasjerki nie mogą wpuścić mnie na teren ruin. Jestem zły, bo przecież już za 12-cie godzin mam samolot, a dystans do lotniska w Ciudad de Mexico, choć niewielki w kilometrach, jest zapewne dość odległy w godzinach powolnej jazdy. W końcu Pani Kasjerka pojawia się i mogę wreszcie się dobrać do sensacyjnych malowideł.

Cacaxtla skrywa jeden z najcenniejszych śladów po cywilizacjach prekolumbijskich. Ruiny odkopane zostały relatywnie niedawno – zaledwie 35 lat temu informacja o nich wyciekła od rabusi grobów, dlatego w omal doskonałym stanie zachowały się tu barwne polichromie obrazujące bitwę pomiędzy dwoma gatunkami wojowników: Zakonem Orła i Zakonem Jaguara. Zwiedzanie zaczynam od muzeum, w którym polichromie przedstawione zostały w skali 1:1, długo wpatruję się w elementy ekwipunku starając się zrozumieć pochodzenie i dywersyfikację wojowników w całej chyba Mezoameryce na takie akurat dwa rodzaje. Pierwsze Słońce, mityczna najstarsza era w mezoamerykańskich mitologiach osiągnęła kres kiedy Świat zniszczony został przez Jaguary, czy to tak bardzo zainspirowało mezoamerykańskich wojowników ery piątej?

Ruiny Cacaxtla znajdują się obecnie w fazie intensywnej budowy. To nie żart – cały teren przykryty jest potężną konstrukcją z metalowym dachem i odprowadzeniem wody, liczne ekipy remontowe „rekonstruują” ściany niegdysiejszej stolicy Olmeków-Xicalanca. Za kilka lat powstanie tu pewnie głośne centrum turystyczno-rozrywkowe. Być może odbywać się tu będą regularne święta osadzone w mistyczno-turystycznym kalendarzu podobnie jak obecnie Fiesta del Sol w Chichen Itza, podczas wiosennych i jesiennych equinoxów. Po dobudowanych do zewnętrznej ściany drewnianych schodkach przedostaję się na górę, tam schody przeobrażają się w chodnik prowadzący ponad wykopaliskami. Ciekawe rozwiązanie. Z wierzchu, ruiny w trakcie budowy przypominają trochę poligon do paintballa. W niektórych transzejach widoczne są wspaniałe freski, Battle Mural – najważniejszy z nich skryty jest niestety za szklaną ścianą odseparowaną barierką, co uniemożliwia ich fotografowanie. Jest mokro i wieje bardzo zimny wiatr. Wokół głównego kompleksu rozrzucone było jakieś pięć mniejszych piramid ale tylko jedna z nich została odkopana.

Wracam do samochodu podziwiając potężne opuncje z popękanymi zdrewniałymi pniami. Xochitecatl znajduje się na szczycie wygasłego wulkanu, zaledwie kilka kilometrów dalej. Zupełnie nieosłonięte przed deszczem. W zimnych strugach wspinam się na górę, by zobaczyć kilka niezwykłych wręcz rzeczy. U podnóża tzw. Piramidy Kwiatów (xochitecatl to w nahuatl coś na kształt kwietnego dziedzictwa) napotykam dwie potężne kamienne misy o średnicy około dwóch metrów, na szczycie schodów widać ustawiony na wierzchu piramidy trzyczęściowy, kamienny portal, przypominający dolmeny ze Stonehenge. Ze szczytu piramidy widać rozległą dolinę dookoła oraz znane mi już wulkany Popocatepetl i Iztaccihuatl w paśmie Sierra Nevada – zatoczyłem potężne koło, a teraz zbliżam się do jego zamknięcia. Ponoć co roku, 29-go września widać stąd Słońce wschodzące równo ponad szczytem innego jeszcze wulkanu – La Malinche (to „tylko” za dwa dni 🙁 )

Xochitecatl to preklasyczne miejsce kultu, które opustoszało w drugim stuleciu naszej ery, po wybuchu wulkanu Popocatepetl, a powróciło do łask w jakieś pół tysiąca lat później, prawdopodobnie w skutek rozkwitu widniejącej na sąsiednim wzgórzu Cacaxtla, mniej więcej w okolicach upadku Teōtīhuacān. Jako miejsce lokalnych kultów służy zresztą do dziś. Niespotykanego raczej kształtu Piramida Spiralna służyła prawdopodobnie Etécatlowi, dziś na jej szczycie stoi krzyż, a okoliczna ludność nadal odprawia sobie wiadome, synkretyczne obrzędy. Piramida Kwiatów służyła podobno zmiennokształtnej Xochitl, której bóstwo przetrwało w lokalnie nadawanych, niewinnie brzmiących żeńskich imionach (w nahuatl xochitl to kwiat). Jeśli tak, to kult kwietnej kobiety-węża nie pozbawiony był kolców, najwyraźniej składano tu bowiem ofiary z dzieci.

Rozrzucam szeroko ręce podnosząc oczy ku niebu. Chłonę zimne powietrze i deszcz. Doskonały finał trzynastu dni rekonesansu po mezoamerykańskich ruinach. Ostatnie trzy tygodnie przeleciały mi przez zmysły błyskawicznie niczym teledysk black metalowego zespołu, z którego zapamiętałem tylko widok szarpanych strun i kilka skowytów do diabła. Stojąc na szczycie piramidy Xochitecatl, w strugach lejącej się wody uświadamiam sobie, że wspomnienia ostatnich tygodni zapisały się dobrze w mojej pamięci podręcznej, a teraz czas na „przewinięcie taśmy” i solidne zmagazynowanie ich w pamięci trwałej. Przypominam sobie o domu, o którym nie myślałem przez majański miesiąc (uinal, czyli równe 20 dni w kalendarzu solarnym) i wygodnym fotelu w mojej bibliotece. Pora wracać.

Droga do miasta Meksyk wiedzie mnie tuż pod szczytem ponad czterokilometrowej góry Tlaloc – Tlalocatepetl, która była jednym z najważniejszych azteckich miejsc kultu Boga Deszczu o oczach androida (odpowiedzialnego za zniszczenie trzeciej ery w dziejach). Około 13-tej wjeżdżam do megalopolis. Mam 8 godzin do wylotu. Tu nie da się już rozpoznać gdzie kończy się jedno miasto, a zaczyna drugie. Na poboczach jak okiem sięgnąć stoją ludzie czekając na mikrobusy, jeden za drugim zatrzymujące się aby zabrać pasażera i we wtórze klaksonów wolno powlec się dalej, przeciskając się kilkupasmową jezdnią zmierzającą do nikąd wraz z milionami aut.

Przypominam sobie nie w porę o dziwacznych regulacjach dotyczących ograniczeń ruchu samochodowego w Ciudad de Mexico np. o tym, że danego dnia tygodnia mogą jeździć tu tylko samochody, których ostatnia cyfra ma tą samą parzystość co dzień tygodnia. „Na rogatkach” próbują mnie zatrzymać widząc rejestrację z Quintana Roo., ale uciekam im nie chcąc tracić czasu i pieniędzy, podobnie jak i drugiemu posterunkowi – pościg autem w tych warunkach nie miałby przecież sensu. Niestety nie doceniam sprytu wyposażonych w radio policjantów i „trzeciemu szeregowi” musze się już tłumaczyć łamanym spanglish, równocześnie dumając jak tu wybrnąć z przerypanej sytuacji. Nagle aniołka stróżka (jestem zatwardziałym hetero) dosłownie wkłada mi do ręki wszystkie niezbędne papiery, staranie zapomniane w samochodowym schowku. Jestem prawie pewien, że nigdy wcześniej nie widziałem ich na oczy, ale w tej chwili to nieistotne. Jestem uratowany. Policjant ściska mi dłoń odprowadzając do auta i życzy miłego lotu (do którego zostało mi niecałe 7 godzin).

Po jakimś czasie wkraczam w kolejny krąg – chyba już na obrzeża właściwego miasta, gdzie pojawiają się kilkupiętrowe wiadukty „mechacące się” łukami również wielopoziomowych estakad. Dzięki dobremu wyczuciu kierunku (kiedy traktuję miasto jak las, nie mam w nim problemów ;)) i chwytaniu języka udaje mi się w ciągu kolejnej godziny dokonać tego, na co zaplanowałem sobie margines co najmniej czterech kolejnych godzin: docieram na lotnisko. Teraz kilkanaście minut kręcenia dookoła by odnaleźć wypożyczalnię Hertza i pół godziny na formalności zdawczo-odbiorcze. Czuję się jedną nogą w domu.

Kiedy boeing startuje, a przez okienko samolotu wszędzie jak okiem sięgnąć skrzą się miliony świateł powraca tamto pierwsze wrażenie – Coruscant, miasto które ogarnęło całą planetę, nie mając końca ni początku, sensu ani potrzeby jego usprawiedliwiania – Mexico City…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Archaeology, Archeologia, Majowie, Maya, Meksyk, Olmec, Olmekowie i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *