DZIEŃ 15 – Jesienny equinox w Ek Balam i Chichen Itza, wyruszam w dalszą drogę… – 21 IX 2010

 

Ciężko wyjeżdżać z Tulum. Nazajutrz pakujemy się na wycieczkę po najsłynniejszych majańskich ruinach Jukatanu. Dzisiaj equinox: Ek Balam i Chichen Itza, jutro Uxmal i słynna Ruta de Puuc. Ek Balam jest wspaniałe. Bardzo się różni od sąsiedniej Chichen Itza choć wydaje się mieć podobny, wojowniczy charakter, włączając w to mur obronny dookoła centrum. Wspinamy się na kolejne piramidy zaglądając do opuszczonych pomieszczeń. W jednym z nich, u podnóża najwyższej natrafiam na niewielki otwór w ścianie z bardzo mocnym ciągiem zimnego powietrza z wewnątrz, ciekawe… W palącym Słońcu wspinam się po schodach na górę. Imponujący ołtarz po lewej stronie (ten z figurami tzw. archaniołów) daje do myślenia. Ze szczytu piramidy wspaniały widok na okoliczny las zwrotnikowy. Z pomiędzy koron drzew wystają ruiny majańskich budowli. Niesamowite miejsce.

Chichen Itza imponuje jak za każdym razem, szczególnie kiedy na świeżo mogę porównać Świątynię Wojowników ze Świątynią Tlauizcalpantecuhtli w Tuli, a Salę Tysiąca Kolumn ze Spalonym Pałacem. Podobieństwo jest wprost uderzające, z dokładnością do podobizn Kukulkana/Quetzalcoatla wyrytych na kolumnach czy jaguarów na ścianie przypominających jako żywo te ze ściany Coatepantli. Porównanie to jednak miażdży Tulę, więc może Tula to nie mityczne Tollan? A może Topilzin Ce Acatl Quetzalcoatl zbudował przy użyciu Itzów nowsze, wspanialsze miasto po przybyciu na Jukatan? Tego dzięki biskupowi Diego da Landzie, który spalił na stosie wszystkie księgi Majów jakie umiał znaleźć, a później zaczął je interpretować, nie dowiemy się pewnie już nigdy…

Oprowadzam grupę nurków kawernowych. Dzisiaj Fiesta del Sol – festiwal Słońca, który dwa razy do roku gromadzi żądnych sensacji i widoku zstępującego na Ziemię boga Kukulkana, jak również i nowych wyznawców samego Kukulkana, głównie z USA. Kilka tysięcy ludzi spędza w każdym razie cały dzień, siedząc na trawie pod piramidą, żrąc popcorn albo chłonąc zstępującą wraz z Kukulkanem energię. Dzisiaj niebo lekko się chmurzy, widzimy w tym działanie zazdrosnego Chaaca 😉 Kiedy tylko chmury rozstępują się na chwilę, a Słońce rzuca poprzez krawędź zigguratu cień pełznącego węża, zewsząd unoszą się głosy, błyskają flesze, a wyznawcy unoszą ręce wołając „Ku-kul-kán!”. Dla uspokojenia liczę schody na Jego piramidzie: 1, 2, 3… 90. Większość „zdalnych przewodników turystycznych” bezmyślnie powtarza, że 91, więc wolę się upewnić. Pomiędzy wyznawcami przechadzają się Majowie z rękoma pełnymi wyrobów miejscowej Cepelii, wołając  „One dollar, almost free…”, a co najlepsi „Bad price!” 🙂 Są poczciwi – daleko im do chasyda z zapałem wciskającego chrześcijanom różańce, którego niegdyś spotkałem w Jerozolimie 😕 Nauczyłem, więc chłopaków „Taniej niż w Biedronce” – jeśli kiedyś usłyszycie to w Chichen, uśmiechnijcie się do nich 😉  4 x 91 + taras daje 365 ale majański rok solarny miał 360 dni + 5 dni dodatkowych – a przecież część tych samych przewodników podaje długość roku haab = 18 miesięcy po 20 dni, więc nie trzeba na siłę dodawać nieistniejących schodów, wystarczy choć raz na własne oczy zobaczyć to o czym się pisze… Większości przyjezdnych jest chyba jednak obojętne czy oglądają budowle Majów czy Maji, więc gdyby ze świątyni na szczycie wynurzył się Wodecki i zaśpiewał „Gdzieś jest lecz nie wiadomo gdzie…” zebrałby pewnie brawa od rodaków, a przez pozostałych zostałby obwołany wcielonym Kukulkanem. Na straganach masa nikomu do niczego niepotrzebnych gadżetów: magnesów na lodówkę, przycisków do papieru, figurek i odlewów żywicznych, okarynek do naśladowania głosu jaguara (tutejsi sprzedawcy robią to nieco gorzej niż ci w Teotihuacan), koców z symbolami majańskimi i azteckimi, hamaków, koszulek itp. Idzie im raczej cieńko. W sklepie dla turystów wiszą bardziej chodliwe t-shirty z napisem „21.12.2012 Kukulkán powraca…” – na ludzkim strachu czy religii robi się najlepszy interes…

Dzień jest męczący ale być w Meksyku i nie zobaczyć Chichen Itza to jak pojechać do Zakopanego i nie zrobić zdjęcia z misiem… 😉 Żartuję. To miejsce naprawdę trzeba zobaczyć i najlepiej wcześnie rano, kiedy nie ma jeszcze w środku tak olbrzymich ilości mięsa armatniego, ale przypomniał mi się Marco, który na widok autobusu z turystami zwalniającego przy Cenote Aktun Ha przedrzeźniał przewodnika: „Po lewej stronie widzicie cenotę. Miejsce to nosi nazwę Carwash ponieważ niegdyś kierowcy myli tu taksówki. A teraz jedziemy do Chichen Itza zwiedzić autobusem słynne miasto Majów…”. Turystyka streszczeniowa, zupełnie jak dwa dni nurkowe w cenotach i dwa dni w „oceanie”…

Spędzam wieczór w kolonialnym hotelu porządkując zapiski i obrabiając zdjęcia. Zastanawiam się nad nocną wizytą w ruinach (w ciągu dnia wypatrzyłem sobie przejście) ale zapadam w sen. Następnym razem zatem…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Archaeology, Archeologia, Majowie, Maya, Meksyk i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *