DZIEŃ 20 – Tajin, kolejna zagadka archeologii i kolejny rajd przez góry – 26 IX 2010

 

El Tajín to miasto o unikalnej architekturze, poza tym miejscem znanej jedynie z trudno dostępnego stanowiska archeologicznego w Yohualichán. Jest gęsto upakowane budowlami o elewacjach usianych charakterystycznymi niszami. Najsłynniejsza jest tzw. Piramida Nisz – ziggurat, który posiada ich 365. Nie wiadomo kim byli założyciele tego starożytnego, równoległego do czasu Olmeków, miasta ale jako ostatnie należało do Totonaków lub Huasteków. Jest bardzo dobrze zachowane. Na wielu budynkach pozostały ślady stiuku, a w kilku miejscach nawet oryginalnej polichromii. Uliczki między piramidami wydają się niezwykle wąskie. Jest tu kilkanaście boisk do peloty ze wspaniałymi płaskorzeźbami, wśród nich również wyobrażenia boga uważanego za totonacką wersję Quetzalcoatla. Miasto jest kompletnie puste dzięki temu, że jestem pierwszym zwiedzającym.

Apogeum totonackiej potęgi miasto, którego oryginalna nazwa rozpłynęła się w mrokach dziejów, osiągnęło za rządów władcy zwącego się dumnie 13 Królik. W większości polskich przewodników, imię tej postaci tłumaczone jest przez, najwyraźniej nieświadomych fanów opowieści o walecznych Apaczach i podłych Komanczach, jako „Trzynaście Królików” (że niby waleczny wielki wódz zadławił tyle króliczków własnoręcznie? ;)). Ja również czytywałem Maya, jednak zdaję sobie sprawę, że wykreowany przez niego świat daleki był od prawdy. Przez kilka godzin spaceruję między budynkami, aż wreszcie napływ odwiedzających wypycha mnie na zewnątrz. Jem śniadanie w małej indiańskiej knajpce i ruszam w dalszą drogę.

Główna droga do Poza Rica, a tak przynajmniej zaznaczona jest na mapie, na przestrzeni kilkunastu kilometrów ma zwinięty asfalt, aż po same rogatki miasta. Niestety muszę przejechać tamtędy kierując się w stronę Tlaxcala. Na mapie dystans nie wydaje się odległy ale przywykłem już, żeby mapę Meksyku czytać trójwymiarowo i nie mam wątpliwości, że do celu dotrę w najlepszym wypadku późnym wieczorem.

W tej części Meksyku nie widuję już policyjnych czy wojskowych posterunków kontrolnych. Mijam granicę stanów Hidalgo i Puebla – tu droga jest niemniej tragiczna, od czasu do czasu zupełnie zanikając w błocie i dołach. Trasa ponownie wiedzie mnie przez góry, serią wąskich serpentyn konsekwentnie tarasowanych przez przeciążone do granic możliwości ciężarówki, poruszające się z prędkością 20 km/h na czele korowodów wściekłych samochodów osobowych, nie mających możliwości wyprzedzenia zawalidrogi często nawet przez kilkadziesiąt minut.

Górskie drogi Meksyku są wspaniale wyprofilowane ale do jazdy z normalna prędkością. Kiedy stoję na zakręcie o kącie nachylenia jezdni ponad 30 stopni, zastanawiam się czy niewłaściwy ruch wewnątrz samochodu nie spowoduje wywrotki i długich koziołków w dół stoku, może wzbogaconych jakimś spektakularnym wybuchem. Serpentyny wznoszą się w chmurach i ponad poziomem chmur. Daje to niesamowite widoki, ale utrudnia jazdę. Do tego od czasu do czasu oczywiście pada deszcz. Ponownie przekraczam granicę stanów, opuszczając Puebla i wjeżdżając do Tlaxcala. W okolicach Tlaxco nawierzchnia znacznie się polepsza, a droga staje się równa, to dobrze, bo zachodzi już Słońce i dalszą trasę będę musiał pokonać po ciemku.

Do samej Tlaxcala docieram około dwudziestej, znacznie szybciej aniżeli się spodziewałem (miałem plan awaryjny nocowania gdziekolwiek po drodze jeżeli warunki jazdy znacznie się pogorszą, jak w wypadku St. Andres Tuxtla). Sympatyczne kolonialne miasto, którego mieszkańcy są niezwykle przyjaźni dla obcych o czym przekonał się już Hernan Cortez podczas marszu na Tenochtitlan, jak również po ucieczce stamtąd. Kojarzy mi się to z paryską gościnnością podczas II-giej Wojny Światowej, ale otwartości Tlaxcalan doświadczam na własnej skórze, kiedy zapytany o drogę muchacho bez wahania wsiada w swoje auto by pokazać mi drogę przez miasto do samego hotelu. Doprawdy zdumiewające! Do hotelu, który jeden z przewodników reklamuje jako położony niedaleko głównej plaży, z pewnością sam bym nie trafił, w tym wypadku muszę więc stanowczo zgodzić się z Cortezem (najbliższa plaża jest dobre kilkaset kilometrów stąd ale na szczęście mam pojęcie, że jestem w środku kontynentu, a dzięki minimalnej znajomości języków wiem też skąd wzięło się podobne przejęzyczenie ;)).

Ponieważ do celu dotarłem półtorej godziny wcześniej niż średni czas zakładany wybieram się na spacer. Nie uwierzycie ale jest zimno… Centralny plac sprawia po nocy sprawia wrażenie dobrze utrzymanego parku. Wszędzie pełno jest jeszcze ozdób upamiętniających dwustulecie Meksyku. Wokół placu kilka kolonialnych budynków, kościół i Pałac Gubernatora. Należę do ludzi, których bardziej niepokoi, gdy wszystko idzie dobrze niż kiedy przydarzają się problemy do rozwiązania, najczęściej z długiej listy ryzyk jaką wcześniej sobie przygotowali. W trakcie spaceru układam więc listę ryzyk na kolejny dzień z gigantycznymi korkami po drodze do Meksyku i huraganem włącznie. To mnie uspokaja…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Archaeology, Archeologia, Meksyk, Totonac, Totonakowie i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *