DZIEŃ 5 – Monte Alban, górska twierdza Zapoteków i szaleńcza droga do Palenque w Chiapas – 11 IX 2010

 

Dzisiaj przede mną jeszcze dłuższa droga przez Meksyk. Muszę zobaczyć Monte Alban – kolebkę kultury Zapoteków, kawałek na zachód od Oaxaca, a następnie dotrzeć spory kawał na wschód, w okolice Villahermosa, a najlepiej aż do Palenque. To znowu długa i pokręcona trasa przez góry.

Monte Alban to niesamowite miejsce. Twierdza położona na szczycie wzniesienia dającego jej pełny wgląd w Dolinę Oaxaca. Prehistoryczne miasto, ukryte wśród roślinności, pełne otwartych grobów i ciekawych budynków. Choć porównanie to jest nieco na wyrost, jego klimat przypomina mi Machu Picchu. Z pewnością miażdży Tulę. Dzięki skróceniu snu do absolutnego minimum wykupuję bilet „bez ludzi” na wizytę w ruinach. Tuż przy wejściu wita mnie mały zapotecki piesek. Z pewnością wcielony duch któregoś z dawnych kapłanów ;), wpierw prowadzi mnie do grobowca, następnie do boiska peloty, gdzie płynnie zbiega po stromych schodach dość wysokiej trybuny. Wbiegamy na główny dziedziniec na chwilę przed tym, zanim promienie Słońca zaczną kąpać w porannym blasku ściany okalających go budowli. Chwytając za aparat staram się uwiecznić swoje szczęście. Dzięki brakowi gawiedzi czuję się tu dzisiaj niczym pierwszy odkrywca tych ruin. Gdziekolwiek jednak nie skierowałbym obiektywu, zapotecki piesek już właśnie tam jest. Pilnuje kamieni, a sporo ich stąd wywieziono do Muzeum Antropologii w Meksyku. Po trzech godzinach spędzonych w biegu od kamienia do kamienia, wyruszam w dalszą drogę.

Tuż za Oaxacą, w niewielkim miasteczku Santa Maria de Tule rośnie gigantyczny cyprys – Arbol de Tule. To miejsce, w którym naprawdę warto jest zrobić przystanek. Drzewo ma ponad 2000 lat, jakieś 40 metrów wysokości oraz 42 metry obwodu pnia. Pomyślicie: co szczególnego może być w drzewie poza jego rozmiarem? Nic bardziej odległego od prawdy. Cyprys w tym wieku jedynie w odległy sposób może być porównywany do normalnych drzew. Jego złożony pień i rozrastające się w przedziwny sposób gałęzie mogły śmiało zainspirować twórców „Avatara”. Potężne konary miejscami rosną w dół by po ostrym załamaniu ponownie zwrócić się w górę, w wielu miejscach przekształcają się w dziwne formy w zupełności nie przypominające gałęzi. Czas mnie goni ale długą chwilę spędzam wpatrując się w DRZEWO. Zastanawiam się jak piękna mogła być Ziemia zanim ludzka cywilizacja nie zwróciła się w kierunku rolnictwa.

Pan Americana wiedzie mnie wpierw na południe, przez stan Oaxaca i Doliną Tlacolula, w stronę Pacyfiku. Mijam Yagul, Dainzu, Lambityeco i Mitlę – ważne zapoteckie stanowiska archeologiczne. Ze względu na ambitny plan przemieszczania, ich szczegółową inspekcję zostawiam sobie jednak na kolejny raz – wszystkie drogi w Meksyku są w remoncie, więc posługując się wyłącznie mapą trudno jest określić jak długo zająć może przejazd określonego odcinka, a za dwa dni przecież muszę być w Tulum. Monte Alban sprawiło, że na południu Meksyku z pewnością znów się pojawię :). Dalsza droga ponownie prowadzi przez góry, a jazda sprawia niesamowitą frajdę, pomimo dziurawej jak sito nawierzchni (to dlatego najbardziej popularne zawody w mijanych miejscowościach to mechanico i volcanizadoro). Urzekające krajobrazy przypominają te z poprzedniego dnia, na drogach pojawia się jednak więcej punktów kontroli, wojskowych i policyjnych.

Południe to niespokojne tereny, pełne napięć na tle narodowościowym i ekonomicznym pomiędzy społecznościami Indian i Metysów. Co jakiś czas wybuchają indiańskie powstania, których siłom rządowym nie udaje się skutecznie stłumić. Od czasu do czasu toczą się rokowania – bezskuteczne, bo w stolicy nikt nie traktuje składanych obietnic poważnie, więc napięta sytuacja nie ulega zmianie. Indianie chronią się w górach Chiapas. Żyjąc w kontrastującej do metyskiego stanu posiadania nędzy, odwołują się do janosikowych ideałów Emiliano Zapaty i Pancho Villi, mam więc nadzieję uniknąć spotkania i dzielenia się z nimi tym co udało mi się w życiu zgromadzić i ze sobą przywieźć. „Przed lufą karabinu wszyscy równi są…”

Głębokie doliny skrywają koryta wartkich rzek zasilanych opadami. Z przerwą na tankowanie mijam Tehuantepec, gdzie Pan Americana zawraca na północny-wschód w stronę Tuxtla. Droga robi się coraz bardziej kręta, jazdę coraz częściej spowalniają zawały, niebo zaczyna się chmurzyć. Mam wrażenie, że zaraz zapadnie mrok choć jest jeszcze przecież dosyć wcześnie. W La Ventosa droga skręca na Tapantepec, wraca Słońce, znów jest miło, a jedna z gór bardzo mocno przypomina mi Giewont. Przesmyk Tehuantepec to najwęższe w Meksyku miejsce pomiędzy Oceanami, kiedyś planowano przekopać tu kanał, jednak Panama była pierwsza i teren ten stracił na znaczeniu. Dobrze mija mi kolejnych kilka godzin, bo jazda wśród gór, w zachodzącym Słońcu jest naprawdę bardzo przyjemna.

Pierwsze oznaki zmęczenia odczuwam dopiero gdy zapada prawdziwa ciemność, a wraz z ciemnością nadchodzą deszcz i mgła. Nawierzchnia robi się śliska, a za barierką w ciemności, kilkaset metrów w dół. Po kolejnej godzinie udaje mi się przebić przez mgłę i przez góry, a z ciemności wyłania się ogromna dolina, aż po horyzont pełna gęsto porozsiewanych maleńkich światełek – Tuxtla Gutierez. Zanim zjadę do miasta mijam kolejny zawał. Tym razem widać, że niestety są ranni. Musiało to nastąpić nie dawniej niż godzinę temu, ponieważ o strony odległego wciąż miasta dojeżdża akurat karetka. Krótka przerwa na rozprostowanie kości i jadę dalej.

Za Tuxtlą rozwidlenie na północ, na Villahermosę lub dalej na wschód, w stronę Gwatemali. Czas na podjęcie decyzji – uznaję, że dam radę dotrzeć dziś do Palenque. Ostatnie tankowanie i tuż za San Cristobal de las Casas opuszczam w końcu Pan Americanę, dopiero tutaj kierując się na północ. Ze względu na roboty drogowe i meksykańskie ciemności odnalezienie trasy zabiera mi dobre pół godziny jazdy tam i z powrotem. Tutaj zaczyna się najtrudniejszy odcinek drogi. Do zawałów skalnych i odcinków w remoncie, blokujących przejazd co kilkanaście kilometrów zdążyłem się już przyzwyczaić w ciągu tego długiego dnia, do tego, że jeden pas drogi znika nagle w przepaści, na skutek zawału czy obsunięcia, a jedynym ostrzeżeniem jest znak wystający z tej  dziury również, jednak dodana do tych przyjemności gratis rzęsista ulewa i okresowo pojawiające się mgły dają nową jakość. Do Palenque docieram dopiero około drugiej w nocy.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Archaeology, Archeologia, Meksyk, Podroze, Travels i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *