DZIEŃ 6 – Ba’ak zwane dzisiaj Palenque i X-làabch’e’en zwane dziś Kohunlich – 12 IX 2010

 

Niby Meksyk, a tak naprawdę to Chiapas… W czasach Stephensa i Catherwooda, dwóch wielkich i wspaniałych eksploratorów Jukatanu, kraj ten stanowił niepodległe terytorium, które miało wejść w skład efemerycznej federacji Republiki Ameryki Środkowej. Stephens, którego dyplomatycznym biletem było skontaktowanie się w imieniu USA z rządem Federacji nie zdołał wepełnić misji, ponieważ efemeryczny twór rozpadł się był w tzw. międzyczasie. Nie przeszkodziło mu to na szczęście w ekploracji ruin Copan, Tulum, Uxmal, czy Chichen Itza.
Budzę się w obskurnym śmierdzącym pokoju na ranczo opodal ruin. Za oknem dudni ulewa, której krople ukołysały mnie do snu, a sporych rozmiarów ćma zapamiętale naparza w sufit. Czy ona mogła mnie zbudzić? Po ścianach wszędzie coś pełza albo lata i brzęczy ale o drugiej w nocy trudno było znaleźć cokolwiek lepszego, a ze względu na ambitny plan pokonania jak największej ilości kilometrów w drodze na Jukatan, nie wiedziałem gdzie uda mi się wczorajszej nocy dotrzeć. Za otwartym oknem, w wilgotnym lesie zwrotnikowym (o jakże prosto ale nieprawidłowo byłoby napisać „w dżungli” ;)) ponownie rozlega się wściekłe ujadanie małp. Więc to mi się nie śniło… a pobudka skoro świt to zatem czarrrna… maaałpia… rrrobota… Zagryzam zęby i zrywam się z posłania. Kwatera szczęśliwie wyposażona jest w prysznic, po krótkiej ablucji ruszam zatem w kierunku leżących na terenie Parku Narodowego „Palenque” ruin. To jedne z najsłynniejszych pozostałości po Majach w całej Mezoameryce. Od dawna chciałem tu być jednak nie układało się jakoś na wyprawę w tym kierunku, a z Quintana Roo. do Chiapas jest jednak kawałek drogi. Na szczęście przestaje padać.

Wejście do Parku jest płatne, podobnie jak do ruin. Jak na słynne ruiny przystało wokół bramy wejściowej rozlokował się szpaler budek oraz wędrownych nagabywaczy z rzeczami, których nie potrzebujesz, ale powinieneś kupić ponieważ są tanie, …właściwie są „za darmo”. W całym praktycznie kraju można kupić te same bzdury odlewane z żywicy bądź gipsu. Zastanawiam się czy to, podobnie jak w egiptowie, porządna chińska robota, czy też znalazł się ktoś na tyle mądry aby odpalić lokalną inicjatywę. Mimo, iż dotarłem na miejsce tuż przed otwarciem parku, miejsce szybko zapełnia się turystami psując mi trochę przyjemność. Wokół parkujących samochodów kręcą się również nagabywacze-przewodnicy. Za godzinną wycieczkę po ruinach oferują ceny znacznie wyższe niż znane mi z innych miejsc, ale dzięki wrodzonemu urokowi osobistemu i miłemu sposobowi bycia szybko dobijam targu sprowadzając cenę na ziemię. Mam dzisiaj dobry humor 😉

Nocne opady zamieniły teren w małe trzęsawisko, ale na takie koleje losu jestem przygotowany. Przewodnik sprawnie oprowadza mnie po najważniejszych ruinach. Palenque robi wrażenie. Miejsce byłoby naprawdę niesamowite gdyby było puste. Ponieważ nic nie poradzę na to, że jest to duży kołchoz turystyczny staram się cieszyć tym czym mogę. Przewodnik pokazuje mi głowę Kukulkana (jesteśmy u Majów, więc najwyższy czas przestać nazywać go Quetzalcoatlem ;)), która jemu samemu jako żywo przypomina normański drakkar. Najważniejsze budowle Palenque, które właśnie oglądam były co najmniej przebudowywane za czasów K’inich Janaab Pakala – najpotężniejszego władcy Palenque i jego synów, a więc na przełomie siódmego i ósmego wieku. Fantazjujemy, że o ile brodaty i białoskóry Wirakocza, który w późnym średniowieczu pojawił się w Peru czyniąc znak krzyża i ucząc sakramentów, sprawia wrażenie Templariusza, o tyle poprzedzający go białoskóry i brodaty Kukulcan vel Quetzalcoatl – dawca praw i nauczyciel narodów Mezoameryki, mógł być Normanem. To bardzo odważne i daleko posunięte wnioski dotyczące dwóch ciekawych i nieprawdopodobnych mitów, w których trudno dziś związać jakiekolwiek fakty ze sobą dlatego zostawiam temat ciesząc się pięknem miejscowej wersji majańskiej architektury. Po obiegnięciu ruin w koło oglądam jeszcze wodospad, od którego niegdysiejsze Lakam Ha wzięło prawdopodobnie swoją nazwę.

Czas ruszać w dalszą drogę. Za ostatnie pesety tankuję do pełna zastanawiając się jak daleko uda mi się dojechać w niedzielę, kiedy wszystkie banki są najprawdopodobniej zamknięte (wymiana waluty w Meksyku to prawdziwa udręka, szczególnie kiedy pracownik banku musi przepisać „za karę” wszystkie dane z paszportu zanim go skseruje). Droga wiedzie na północ, w kierunku Campeche. Po drodze mijam rozlewiska Rio Usumacinta. Po obu stronach drogi potężne połacie terenu są zalane przez wodę. Widać, że trwa pora deszczowa. Po prawie dwustu kilometrach droga odbija na wschód i dociera do Escarcegi. Tutaj udaje mi się wymienić dolary i zatankować. Nie pytajcie mnie jak. Ruszam dalej. Droga wiedzie teraz prawie po linii prostej jakieś 300 km. Teren robi się równy jak stół, a krajobraz to nareszcie Jukatan jaki znam i wspominam i lubię. Kiedy przekraczam granicę Campeche – Quintana Roo. wydaję okrzyk radości. Droga mija liczne, ważne stanowiska archeologiczne Majów, jak Calakmul, Xpujil, czy Becan, które jeszcze kiedyś zobaczę, niestety jednak nie dziś. Mając wreszcie gdzie, wyciskam co tylko dała fabryka z dodge’a i przed Chetumal udaje mi się zaoszczędzić dobrą godzinę. Poświęcam ją oczywiście na zwiedzanie stanowiska Kohunlich 🙂 Mimo, że gdy dojeżdżam do ruin zaczyna padać deszcz, śmieję się sam do siebie wspominając słowa: „Przemek, oni ciebie zaje… jeśli każesz im oglądać jeszcze jedne kamienie”. Chciałem kiedyś nadłożyć parę kilometrów w drodze powrotnej z Belize, by obejrzeć to miejsce, więc tym razem po prostu nie mogę sobie odpuścić. I nie żałuję, bo to niewielkie, w porównaniu z zajechanym przez turystów Palenque, miasto dało mi wiele więcej wrażeń niż dzisiejsza poranna wycieczka 🙂 Widać wszystko musi mieć swój czas…

…bo trafia mi się bilet „bez ludzi” :). Jestem tu zaledwie godzinę przed zamknięciem. Pełen nadziei wbiegam pomiędzy ruiny. Są niesamowite, tak inne od wszystkiego co widziałem do tej pory. Z aparatem w jednej ręce, a kamerą video w drugiej rzucam się w wir dokumentowania. Teren miejscami wygląda zupełnie niczym świeżo wykarczowany. Znowu czuję się jakbym bym pierwszym odkrywcą, tych zidentyfikowanych zaledwie w drugiej połowie ubiegłego stulecia ruin. Ogarnia mnie szał poznania. W międzyczasie zaczyna padać deszcz. Zarzucam pelerynę ani na chwilę nie przerywając sobie zabawy. Nawet gdy przyjemny deszcz zamienia się w rwącą ulewę ja ciągle biegam wśród kamieni, próbując ogarnąć każdy najdrobniejszy szczegół obiektywami i wzrokiem. Wspaniały dzień.

Równo w godzinie zamknięcia udaje mi się dobrnąć do ustawionego tuż za szlabanem auta. Mocne jankeskie buty ponownie zdają egzamin w kałużach po kostki. Wciąż śmiejąc się do siebie ruszam dalej. Zatrzymuję się na kolację w polecanej przez przewodniki Laguna Azul – eklektyczny, festyniarski lokal nie warty wspomnienia. Podobne miejsce za niedaleką granicą Belize miałoby solidny karaibski urok. Szybko ruszam dalej, ponownie na północ. Pomimo, iż do Tulum zostało mi jeszcze ponad dwieście kilometrów czuję się jakbym wracał do domu. Dodge chyba też czuje stajnię, bo udaje mi się zajechać ma miejsce równo kwadrans przed dwudziestą. Spotkanie z grupą, powitanie przyjaciół, pęka butelka dobrego białego wina. Życie potrafi być piękne o dwudziestej w Meksyku…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Archaeology, Archeologia, Majowie, Maya, Meksyk i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *