DZIEŃ 3 – Tula, stolica Tolteków? – 9 IX 2010

 

Całodniowa wycieczka po Teōtīhuacān wyczerpała mnie na tyle, że tuż po dotarciu do hotelu zapadam w głęboki sen. Rano zrywam się by dojechać do pobliskiego San Juan de Teotihuacan i wymienić pieniądze. Zjazd z autostrady, który poznałem wczoraj jest dzisiaj zamknięty, a uprzejmy policjant na pytanie o alternatywny dojazd do miasta odpowiada tylko „Circuito” i bez wdawania się w dalsze dyskusje pokazuje ręką na …odległe miasto Meksyk. Wszystkie przewodniki sugerują stanowczo aby unikać wszelkich kontaktów z policją. Wychowany pod czerwonym butem mam to zaprogramowane, więc nie naciskam i ruszam w drogę powrotną do stolicy kraju, wiedząc że nie przejadę pierwszej płatnej bramki, a za plecami zostawiam nie opłacony hotel i walizkę z ubraniami i sprzętem do nurkowania. Kilometr dalej jest stacja benzynowa, odbijam na jej tyłach w jakąś podrzędną drogę i wracam na nosa w stronę San Juan. Udaje mi się. Po kilkunastu minutach wbijam się w zatłoczoną drogę wyjazdową i zatrzymuję pod bankiem. Zachłyśnięty orientacyjnym sukcesem, w drogę powrotną postanawiam zaoszczędzić czasu i poszukać skrótu. Droga, którą wjechałem była tak zakorkowana, że w odwrotnym kierunku zajęłaby mi godzinę, więc daję sobie połowę tego czasu na krótki rekonesans.

Meksykańskie drogi przypominają Polskę ludową. Poza licznymi topes (śpiący policjant), które pojawiły się u jej zmierzchu, można tu praktycznie na każdym kroku spotkać dziurę w nawierzchni dowolnych kształtów i rozmiarów, do tego w każdą, najwęższą i najpodrzędniejszą dróżkę potrafi wjechać ciężarówka czterokrotnie dłuższa niż TIR w Europie i szalonymi manewrami zawładnąć skrzyżowaniem na dobre kilkanaście minut. Za każdym razem postawiłbym pieniądze na to, że „on tam nie wjedzie”, więc dobrze, że nie mam skłonności do hazardu, bo wjechał, dokładnie za każdym razem. Kręcąc wąskimi uliczkami spoglądam na zegarek i już wydaje mi się, że pora się będzie przeprosić z główną ścieżką, kiedy tuż na wprost mnie wyrasta gigantyczna bryła Piramidy Słońca. Z zaskoczenia wydaje się jeszcze większa niż wczoraj, zapierając dech w piersiach. Dostrzegam kilka szczegółów, które wczoraj umknęły mojej uwadze – z bliska, pod innym kątem były niewidoczne, zwalniam jak to tylko możliwe i zapatrzony jak pies w mieloną świnkę, majestatycznie podjeżdżam pod bramę. Na obwodnicy wokół terenu wykopalisk wybieram specjalnie dłuższą drogę aby raz jeszcze nasycić się widokiem piramid. Teōtīhuacān nie było protokulturą Mezoameryki – palma pierwszeństwa, zgodnie z obecnym stanem wiedzy należy się Olmekom, nie zmienia to jednak faktu, że o Teōtīhuacān wciąż wiemy mniej, a krótka wizyta w ruinach pozostawia po sobie więcej pytań niż odpowiedzi.

Wyruszam do legendarnej Tuli, ale po drodze gehenna miasta Meksyk. Nie potrafię znaleźć słów na opisanie katorgi przebijania się autem przez obwodnice tego miasta. Oznakowanie jest takie sobie – potrafi wprowadzić w błąd, a zawracanie to za każdym razem strata najmarniej pół godziny, bo wszystkie drogi stoją, o każdej porze i we wszystkich kierunkach. Na wszystkich większych rozjazdach toczą się roboty drogowe, powstają nowe, przypominające węzły gordyjskie plątaniny estakad i wiadukty imponujących rozmiarów. Wszystko sprawia wrażenie, że można by tu jeździć w nieskończoność i nigdy nie trafić po raz drugi w to samo miejsce, bo w międzyczasie drogi będą już biegły inaczej. Miliony samochodów poruszających się w prawie niezauważalnym tempie po wielopoziomowych, nawet czteropiętrowych estakadach. Drogi, które kilkakrotnie potrafią zmienić numer bez zmiany kierunku, by po wielu kilometrach powrócić do poprzedniego. Drogowskazy, które raz pokazują to, a zaraz coś innego. Tu kierunkowskazy są dla leszczy, a na nieuregulowanych skrzyżowaniach obowiązuje reguła kto większy lub bardziej poobijany ten ma pierwszeństwo i rację. Tego dnia, aż dwukrotnie przyjdzie mi zaznać niewątpliwego wyzwania kilkugodzinnego przejazdu przez to gigantycznych rozmiarów mrowisko.

Gdybym przez ostatnie kilkanaście lat nie pracował w dużej, inercyjnej i na pierwszy rzut oka  pozbawionej zewnętrznego celu korporacji, pewnie zapadłbym w katatonię bez powrotu po tej podwójnej przygodzie. Te kilkanaście lat uodporniło mnie jednak na nonsens dowolnych rozmiarów i za dowolne pieniądze. Jadę dalej…

Tula, kolejne (!?) Miejsce Trzcin. Legendarne Tollan – stolica Tolteków czy tylko jedno z ich miast? (podobno nie ma ich więcej). Chciałem ujrzeć na własne oczy tą kość niezgody pomiędzy badaczami i na własne oczy ocenić podobieństwa do Chichen Itza i rozmiary wpływu Tolteków na Jukatan okresu postklasycznego lub zgodnie z niektórymi interpretacjami …na odwrót. W głowie dźwięczą mi słowa zasłyszane z Chichen „ponieważ na tej kolumnie twarz Quetzalcoatla jest poniżej sylwetki wojownika w mayańskim stroju, to oznacza, że Majowie nie Toltekowie rządzili w Chichen Itza” – irytujące wróżenie z fusów… Czy stąd wyruszył Topilzin Ce Acatl Quetzalcoatl, mityczny wódz i kapłan, utożsamiany z białoskórym i brodatym bogiem Majów, Tolteków i Azteków aby „nie rządzić” na Jukatanie?

Według legendy, Tollan założył wódz, który stał się bogiem. Jako bóg pokłócił się z innym bogiem, a później przegrał korporacyjną grę i musiał „udać się na wschód”. W kulturach mezoamerykańskich, podobnie jak przez ostatnie kilkaset lat w Europie Wschodniej, ten kierunek kojarzył się podobnie… Jednak w legendach Majów, Topilzin pojawia się na Jukatanie, Chichen Itza i Mayapan są pełne surowej lecz pompatycznej architektury podobnej do tej w Tuli, a skrajnie odmiennej od stylu Puuc, panującego na Jukatanie czy w rejonie, z którego w dziesiątym stuleciu przybyli Itzowie (El Tigre – Itzamkanak). To tyle faktów, a reszta to domysły i skrajnie różne interpretacje historii, zmieniające się w zależności od tego kto w danej chwili stoi na ambonie w złożonym świecie interpretatorów 😉

Mnie w legendach o Kukulkanie vel Quetzalcoatlu uderzała najmocniej jego biała skóra i broda – genetycznie obca ludności obu Ameryk (temat niewygodny, więc pomijany przez interpetatorów). Uderzające podobieństwo do inkaskiego Wirakoczy i podobna przepowiednia o powrocie, jaka po zniknięciu obu panów podała na tacy dwa najpotężniejsze indiańskie imperia skromnym liczebnie bandom, dobrze uzbrojonych i zdeterminowanych hiszpańskich pastuchów.

Tula robi wrażenie bardziej położeniem i majestatem atlantów aniżeli rozmachem. Potężne posągi, podpierające niegdyś dach nie istniejącej już dawno świątyni, odciskają piętno niepokojących wspomnień. Pozostałe gdzieniegdzie zdobienia i płaskorzeźby dają mgliste wyobrażenie niegdysiejszej wspaniałości Tuli. Jeżeli jednak miałbym pokusić się o porównanie do „tolteckiej” części Chichen Itza – Tula nie ma startu.

Czy Tula to rzeczywiście mityczne Tollan? Niebiańskie miasto i stolica zaawansowanej cywilizacji opiewana w zapiskach Azteków? Aztekowie zaczynali jako prymitywny lud koczowniczy, a ucywilizowali się na gruzach i grobach Tolteków, więc gloryfikować mogli każdą cywilizację wyżej rozwiniętą od swojej. Jednak jeżeli, podobnie jak w wypadku Teōtīhuacān, mamy mierzyć rzeczywistość miarą ich legend, to w porównaniu z Chichen Itza, Tula większego wrażenia nie robi.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Archaeology, Archeologia, Majowie, Maya, Meksyk, Podroze, Travels i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *